Nie powiem, zajarałem się. Z myszką nad “preorder” sprawdziłem trackliste i zamarłem. O co chodzi tym ludziom od Deluxe’ów, że zawsze omijają najlepsze kawałki? Jasne, propsy za “Smiley” w wersji studyjnej czy kompletnie mi nie znane “Hippy Trippy”, ale gdzie są te wszystkie prawdziwe rarytasy? Czemu znowu dostaniemy “Pulseczar” dostępne na Earphorii i “Girl Named Sandoz” leżące w sklepach na Pisces Iscariot? Czemu nie wydac całego dema Moon, pokazującego spokojniejsze, psych-popowe oblicze zespołu, zanim Corgan postawił na hard-rockowe riffy? Sytuacja podobna do tegorocznego wydania Nevermind Nrvany, gdzie z wszystkich rzeczy na płytę nie trafiły.. znane outtake’i, jak “Verse Chorus Verse” i nie wydana nigdy, alternatywna wersja “Sappy”? Poniżej lista 5 subiektywnych perełek, które POWINNY były wyjśc na tej edycji.
“C’mon”
[sesja demo w studiu Reel Time]
Z sesji w Reel Time otrzymumey 3 utwory. 3 z 16 (!), a nawet 21 (!!!) jeżeli liczymy kawery i wersje alternatywne, czasami drastycznie inne. Może faktycznie “Daugther” nie jest szczytowym osiągnięciem zespołu (choć zawiera rzadki songwriterski wkład basistki D’arcy), a “Bye June” ostatecznie okazało się b-sidem (w sumie do Gish, więc eh?), ale gdzie te wszystkie mini-klasyki? Gdzie “Love” nie mające nic wspólnego z późniejszym utworem? Gdzie “Psychedelic”, które weszło wtedy na Moon? Przebojowe “East”? Ja wybieram “C’mon”, bo ten riff to potwór, a cały utwór ma gigantyczną dawkę walcowej energii. Polecam.
“Not Worth Asking”
[z I Am One 7" z 1990]
Kolejny utwór z Reel Time i b-side pierwszego singla “I Am One”, sprzed czasów Gish, gdzie piosenkę nagrano ponownie (nic nie zmieniając). Mało znane, jazzujące oblicze zespołu przecięte z hard rockową energią w refrenie. Takie Steely Dan z wąsem.
“Slunk”
[z Lull EP]
Corgan napisał kilka krókich, przebojowych utworów na świetnych, jadacych riffach. “Slunk” najlepszym przykładem. Nigdy potem Corgan nie był taki tajemniczo-nonsensowny w tekstach, tak bardzo nie zlewał wpadających w ucho refrenów na rzecz groove’u (praca gitar z perkusją, whoa). Wersja live na Earphorii może i bardziej szalona, ale ten studyjny wycinek też robi wszystko jak trzeba.
“Bullet Train To Osaka”
[z I Am One 10" z 1992]
Z dziwactw i ciekawostek zdecydowanie wolałbym ten surf-rockowy instrumental od flangującego brzydactwa “Pulseczar”. Zdecydowanie.
“Jesus Loves His Babies”
[odrzut z Gish]
To samo co ze “Slunk”, tylko, że nigdy oficjalnie nie wydane (Mashed Potatoes się nie liczy). Jak tak w ogóle można, no?
No preorder for You, Billy.

Od dawna chciałem to zrobić, a jako, że wiosna to dla mnie zawsze powrót do czegoś z młodości, niech będzie już to Sub Pop. Kiedy miałem 14 lat i czytałem książki o Nirvanie wydawali się być jakąś mekką muzyki najwspanialszej, szczególnie, że nic z tego w polskich sklepach nie było do weryfikacji. I choć okazało się z czasem, że przypuszczenia nie były zbyt precyzyjne (czysto muzycznie wolę chociażby K, by daleko nie odchodzić), to fascynujące jak udawało im się zbierać jedne z najlepszych i najszumniejszych nazw dookoła, oraz świetnie odbijać trendy w muzyce znanej jako indie. Dlatego idea miesięcznych singli, sama w sobie wspaniała, świetnie nadaje się na przekrój przez wszystko. Daruję sobie re-cap na temat historii Sub Pop, każdy wie o co chodzi. Seattle i grunge są nam wpajane do głowy od lat. W pierwszej odsłonie będzie ponad jeden rok, bo wszystko zaczęło się dosyć dziwnie w listopadzie. Ale pewnie wtedy nie wiedzieli, czy będą tę serię wydawać jeszcze w przyszłym listopadzie, tak jak ja nie wiem, czy dojdę do roku 1990. Choć chciałbym. Zaczynajmy!
#1 Nirvana – Love Buzz/Big Cheese [11/1988]
Ten słynny pierwszy singiel. Wiecie, w tej całej otoczce cierpiącego geniusza ludzie zapominają, że Kurt był przez całe życie małomiasteczkową jęczybułą o fajnym guście muzycznym i niezłą ręką do melodii. Choć, po prawdzie, na debiutanckim singlu nie ma jeszcze tego wszystkie tak wyraźnie uwypuklonego. Szczególnie, że druga strona to jedna z nudniejszych jego kompozycji, a strona pierwsza jest nie jego w ogóle. To ciekawy singiel i dosyć ‘lekki’ jak na debiutantów, ale gdzie zaszli nie dało się jeszcze wynieść. Ale właśnie – ta czujność. Choć też opatrzność. Ponoć Kurt zmusił niemalże Ponemana, którzy niczym angielska Factory, nie podpisywali niczego – do przygotowania odpowiedniego dokumentu dla zespołu. I, co dosyć w sumie zabawne, to dzięki temu dokumentowi Geffen odpaliło im za ten zespół chłopców z Aberdeen sumkę, która pozwoliła na doprowadzenie wytwórni do estymy i siły sprawczej, jaką cieszy się dzisiaj. Ale to są inne historie.
#2 Sonic Youth/Mudhoney – Touch Me I’m Sick/Halloween [12/1988]
Już wtedy klasycy vs jeszcze nie klasycy. Ponoć kiedy Thurston usłyszał podesłaną mu przez dygnitarzy Sub Pop kasetę z utworami Mudhoney zaproponował ten split z wzajemnymi przeróbkami z miejsca, wybierając właśnie, jak się potem okazało, flagowy utwór zespołu z Seattle (choć niesłusznie flagowy, bo najlepsze było przed nimi). I co ciekawe, quasi-debiutanci (w rzeczywistości muzycy z historią fonograficzną w innych składach) przebili klasyków. Sonic Youth wypada najprościej rzecz ujmując słabo. Nie są w stanie zrobić z “Touch Me I’m Sick” niczego ciekawego, poza zagraniem go jak średni garażowy zespół na próbie. No i Kim, choć wspaniała, nie za bardzo sobie radzi z tym kawałkiem. Inaczej miejscowi. “Halloween” w ich wykonaniu to powolny, przerażający bluesowy majestat pełen prymitywnej surowizny. Piękne, warte, polecam.
#3 The Flaming Lips – Strychnine/Drug Machine/What’s So Funny [01/1989]
No więc tam, gdzie u Kurta nie było jeszcze słychać, tutaj u Lipsów nie da się uwierzyć, że do czegoś doszli. Ten singiel, choć sympatyczny, jest tak boleśnie źle zrobiony na każdej płaszczyźnie. Brzmienie, jak brzmienie – zasadniczo nie było z czego rzeźbić. Instrumenty rzympolą, chłopaki efektu sobie nie umieją ustawić, słowo tempo widzieli chyba w słowniku. To jest przepiękna niemalże symbioza hałasu i muzycznego tumiwisizmu. Wayne nie umie śpiewać i ma to gdzieś, muzycy mają gdzieś, że czasami walną w struny za mocno. Wszystko jest brudne, głośne i nie takie, jak wydawało by się, powinno być. To zadziwiające, jak wiele dali im Fridmann i, przede wszystkim, Drozd. Jeżeli chcecie wiedzieć wszystko o wczesnym wcieleniu zespołu, wrzućcie ten singiel. Nie katujcie się tym wczesnym okresem. To tak, jakby jeść zboże prosto z pola, bo przecież to właśnie z niego powstaje naprawdę dobry chleb. Można, ale naprawdę, czemu? Jedyne, co tutaj ciekawe, to ponownie – nos Pavitta i Ponemana.
#4 Les Thugs – Chess and Crime/Sunday Time [02/1989]
Francuscy punkowcy. W sumie nieciekawi, poza skłonnością do niemalże ride’owych harmonii i rozmycia brzmienia ukrytych pod dosyć typowymi dla nurtu piosenkami.
#5 Helios Creed – Nothing Wrong/The Sky [03/1989]
“There’s nothing wrong with the zoo” tłumaczy nam beznamiętny narrator tego bliższemu kolażowi niż piosence utworu muzycznego. Helios Creed właśnie tym się zajmował. Legendarny pionier acid punku z Chrome, wtedy po prostu dziwak-eksperymentator. Osobliwe.
#6 Afghan Whigs – I Am The Sicks/White Trash Party [04/1989]
Zanim Dulli zamienił się w sensualnego grubcia, był wkurwionym białasem z Ohio grającym jangly-grunge jakby chcący połączyć Soundgarden z R.E.M. Niestety, brzmi tutaj, jakby miał skończyć na soundtracku do nieistniejącego sequela “Suburbii”, a proszę gdzie zaszedł. W ogóle to, gdzie ci wszyscy grandżowcy i ich dziejowi pobratymcy zdołali zawędrować od permutacji Black Sabbath na dynamice The Germs powinno kiedyś znaleźć swoje miejsce w opasłym artykule w poczytnym magazynie. Bo to fascynujące jak nic. Co do singla, to jak siedziałem tak siedzę. Jeżeli wiecie, co chcę powiedzieć. Jeżeli nie, to też dobrze, idźmy dalej.
#7 Mad Daddies – Alligator Wine/Take Me back to Woodstock [05/1989]
Ach, tak. Barowy swamp-blues na przesterze z pogłosem jakby mikrofony stały na drugim końcu lokalu. W sumie to zaskakująco fajny, ciągnący się w nieskończoność hard-rockujący kawałek jak z playlisty Titty Twister. Bezpretensjonalnie niepasujący do wytwórni, w której wyszedł, choć niby wszystko się zgadza – jest blues, jest przester, jest ciężko, jest grunge. Ale, jakby, zamiast flaneli – skóry, zamiast Dodge’ów – motocykle, zamiast heroiny – piwo. Proto-stoner rock. Ten klimat.
#8 Tad/Pussy Gallore – Damaged 1 / Damaged 2 [06/1989]
Eksperyment taki. Kawerujemy Black Flag w najbardziej chamski sposób. Ogółem ja się nie znam, nigdy nie lubiłem jak Black Flag nie brzmią jak fani Yes, więc i ten kawałek jest mi obcy, co dopiero w chamskich kawerach. Może, gdyby to była TA Pussy Galore, ale tylko może.
#9 Das Damen – Sad Mile / Making Time [07/1989]
Pierwszy kawałek to jest fajny, ciekawy, R.E.M.owy college rock z ładnym refrenem i słodko chłopięcym tekstem ‘tell me just why / mona lisa smiles’. Wrażliwi chłopcy, wrażliwa piosenka. Na wskroś przesycona brytyjskim bólem egzystencji, choć są z Nowego Jorku (tak, zdaję sobie sprawę, że R.E.M. nie są ze Zjednoczonego Królestwa, ALE SĄ TAK NUDNI ŻE MOGLIBY BYĆ). Drugi nie rezygnuje z radosnego refrenu, choć brzmi bardziej jak acid punkowcy adaptujący Buddy’ego Holly’ego niż coś na wskroś innego, jak muzyka klasyczna. Bardzo, bardzo dobry singiel!
#10 Rapeman – Inki’s Butt Crack/Song Number One [08/1989]
Fani chcący usłyszeć słynne mizoginistyczne, obrazoburcze teksty tego projektu mogą się rozczarować, gdyż wydawnictwo jest na wskroś instrumentalne. Zasadniczo prym wiedzie charakterystyczna gitara lidera, niejakiego Steve’a Albiniego, który swoim aluminiowym przesterem rozpycha głośniki. Niezbyt daleko od Big Black, zdecydowanie zbyt od Shellac. Choć, ciekawostka, “Inki’s Butt Crack” kończy główny motyw piosenki wykonany na instrumentach smyczkowych (głównie dlatego, że to utwór Felixa Mendelssohn-Bartholdy’ego, znany szerzej jako “Hebrydy Uwertura”, ale to już w ogóle inna historia).
#11 Lazy Cowgirls – Loretta/Hybrid Moments [09/1989]
Nie wiem jak wy, ale ja jakbym chciał posłuchać Ramones z solówkami Chucka Berry’ego, to bym sobie chyba wyszedł się przewietrzyć. Bo to serio jest to, co do dzisiaj uskutecznia chyba cały katalog Jimmy Jazz nie będący Kometami i nie grający ska. Boże.
#12 Lonely Moans – Shoot The Cool/Texas Love Goat [10/1989]
Ten singiel to coś na wzór psychodelicznego twee z lekkim posmakiem tego, z czego za kilkanaście lat zasłyną Je Suis France (b-side brzmi jak coś z sesji do Fantastic Area). Warte rzutu uchem na taśmę.
#13 Honeymoon Killers – Get It Hot/Gettin’ Hot [11/1989]
Honeymoon Killers to zespół belgijski. Ale ten tutaj jest amerykański i tak się tylko złożyło, że się tak samo nazywają. To tutaj to garażowy psych jakby z okolic Sonics, a to belgijskie nie mam pojęcia. Najciekawsza i najlepsza piosenka na płycie to “Gettin’ Hot”. Jest naprawdę świetna! Niby ciężki psychodeliczny garaż, a melodyjna partię przykrytego trochę efektami wokalu zdają się wykonywać dzieci. Efekt jest imponujący.
#14 Fugazi – Joe #1/Break In/Song #1 [12/1989]
Dzięki Bogu, na koniec dowalili do pieca singlem Fugazi, kończąc rok 1989 tak, jak chyba każdy wtedy chciał, by się kończył. Z Fugazi. Mało tego, jest to mój ulubiony utwór słynnego zespołu ze stolicy, grającego hawdkowd. Instrumentalny, fajnie “jadący”, jakby pochylający się funkującym soundtrackom na hardcore’ową manierę. Jest trochę skoczniejsza perkusja i, trzymajcie się – naprawdę rewelacyjne pianino! Pozostałe utwory to Fugazi jakie znacie (mam nadzieję) i kochacie (choć ja tam w sumie nigdy się nie przekonałem). Singiel zacny, dorzucony zresztą do Repeater, więc na bank każdy słyszał. Prawda? Prawda.
W poszukiwaniu newsów wszedłem na Tuba.pl, a tam niejaka Natalia Słabowska (pozdrawiam!) broni Open’era. Nie miałbym nic przeciwko, gdyby ten tekst nie był na poziomie wypracowania na Język Polski. Nie zrozumcie mnie źle – sam piszę jak fajtłapa. Ale kiedy sam piszesz źle i widzisz tekst, od którego łapiesz się za głowę, to jedyne co możesz począć to wylać swoje żale na blogu.
Tekst rozpoczyna się rozkosznym błędem, że Open’er obchodzi benefis 10-lecia działalności artystycznej, a pierwszy festiwal odbył się w 2003. W liczeniu jestem raczej słaby, ale coś nie gra. I nie chodzi o to, że pomyłka. Pomyłki się zdarzają. Ale ta jest niefortunna dosyć.. szczególnie. Ale to dopiero początek.
Pomijam budowanie napięcia jak w filmie Lindy, tym z Brodzik, bo powiedzmy, że sam jestem kiepski w przekazywaniu dramaturgii. Szczególnie, że w sumie prawda – Open’er był takim powiewem wielkiego świata, kiedy ten wciąż raczej omijał Polskę i mogliśmy liczyć na jakichś dinozaurów lub idoli smutnej młodzieży (a nierzadko zespoły z obydwu tych kategorii). I za to chwała. Ale ciężko też oczekiwać, by jakiś nowy McCartney był zawsze moją płytą roku, bo napisał kiedyś “Hey Jude”, no nie? Dzieje się zdecydowanie za dużo, by zaproszenie kiedyś Sigur Rós i Placebo 5 lat temu było super pozytywem.
“Atmosferę napięcia i oczekiwania na to niewątpliwie ważne muzyczne wydarzenie (co potwierdzają zdobyte dwa lata z rzędu tytuły “Best Major Festival” przyznawane przez The European Festival Awards) podsycają już od wielu lat czwartkowe wieczory w radiowej Trójce. To tam podczas audycji Program Alternatywny co tydzień spotykają się Agnieszka Szydłowska (aka Szydło) i Mikołaj Ziółkowski (aka Ziółek, Ziółko), głównodowodzący całym festiwalowym przedsięwzięciem.”
Tutaj zaczynam zgrzytać. Pomijam opieranie się na nagrodach. Jak to powiedział Brent Dicrescenzo na swoim twisterze – „Guys, the grammys are still pathetic. This just means you were wrong about Arcade Fire being good”. Tuba do chyba dosyć poważny portal muzyczny, lub tez stara się być publikując teksty na tak ważne tematy jak ten, i wpada ktoś kto uznaje, ze ŚWIENTYM pomysłem jest zaznaczenie, że Szydłowską nazywają Szydło? A Ziółkowskiego – Ziółko? Czy mogę prosić o etymologię tych pseudonimów, bo czuję się zaintrygowany. Czemu? Po co? Kogo to obchodzi na dobrą sprawę? Obydwie postaci już nie wracają w tym tekście (no OK, Ziółko wraca, ale pod imieniem i nazwiskiem), więc nie musimy bać się powtórzeń (które, swoją drogą, Natalii jakoś szczególnie nie martwią).
“Czy na pewno “wolę Selectora”, “Coke zgarnie wszystko co najlepsze” i “walę Openera, wybieram OFFa”? Nie zapominajmy o tym, że ogłoszenia jak na razie są… spoko.”
No więc proszę ja Ciebie, są SPOKO. Pisanie czegoś na poważnie (a przecież, ewidentnie, jest to tekst na poważnie – nie jakaś luźna wkrętka na blog, jak ta która czytacie) i użycie słowa “spoko” jako jakiegokolwiek wartościowania czegokolwiek powinno być sankcjonowane prawnie. Czy nastąpiła jakaś dewaluacja określeń takich jak “dobre”? Czy “spoko” detronizuje “dobre”? Czy jest równoważne z “zajebiste”? Czy jest na sali polonista? Potoczności maja sens jako zabieg stylistyczny. W innych przypadkach to po prostu quasi-popieranie poprawności bynajmniej jako przynajmniej.
Dalej mamy próbkę z “Ulissesa”. A nie, to tylko jedno zdanie o artystach festiwalowych wielkości recenzji w “Machinie”. “Jeśli jednak to nie stanowi zbyt dużej zachęty, zawsze pozostają nazwy takie jak Kate Nash, która ma przecież w naszym kraju spore grono fanów, The Wombats, którzy już za niedługo wydadzą “This Modern Glith”, świetnie zapowiadający się, drugi album, Two Door Cinema Club, czyli milutkich indie kumpli, którzy rok temu podbijali Wyspy swoim debiutanckim krążkiem, czy Paolo Nutini, który, jestem pewna, przyciągnie największą ilość pań spragnionych męskiego uroku”.
To można było rozbić i uczytelnić na tyle możliwych sposobów. Tyle wspaniały możliwych sposobów. Uniknąć 200 razy powtarzania wariacji na słowie “który”. W ogóle podlać tę promocję jakąś substancją, bo “milutcy indie kumple” to dobra reklama dla hipsterkiej bajki na Nikolodeon. I to dla dzieci do lat 10.
Dalej są dwa akapity o tym, jak to Alter Art robi 3 identyczne festiwale i chce wyciągać od nas kasę 3 razy. Niezbyt rewolucyjna, ale prawda w sumie.
“Więc nie ma co narzekać na tegoroczny skład Open’era” stara się podsumować Słabowska. Wcześniej argumentując, ze przecież będzie Foals i Pulp. Nudny indie-folk i emerytowany cash-grab. To dzięki nim mamy zignorować negatywy. Wiecie, jesteśmy z Anią naprawdę dużymi sympatykami Kate Nash, a i tak nie wydamy 165 złotych na Najgorszy Festiwal w Polsce Dla Ludzi, Którzy Słuchają Muzyki. Nie od dziś wiadomo, że Open’er to miejsce dla osób, które muzyki nie słuchają. To są 3-4 dni wielkiej imprezy ze znajomymi, ogólnego najebu i pośpiewania do refrenów które znamy. Potwierdza to każdy, kogo pytam. Nawet ci, którzy pojechali tam ze znajomymi nawalić się i podrzeć mordę. Zero krępacji. Dlatego ostateczną konkluzję Natalii, że “martwienie się o najlepszy i największy polski festiwal? Jak dla mnie, strata czasu. Widzimy się w Gdyni!” odbieram jako obrazę majestatu. Mam nadzieję, że dostała za ten tekst kupę kasy od Ziólka. Ale tak z 500 złotych. Na pewno ich stać, skoro mają naprawdę idiotyczne procedury akredytacyjne by broń boże nikt spoza tych samych 20 osób co zawsze nie miał wstępu za darmo. Jak powszechnie wiadomo, to media pracujące za darmo trzymają największą kasę i po prostu ich stać. To zabawne (choć też w ogóle), że łatwiej dostać akredytację na Primavere niż na Open’er. W każdym razie, Open’er robi się festiwalem boleśnie dla nikogo. Nie wiem jaki jest sens ignorowania tego faktu i próba dorobienia Andrzejowi Chyrze twarzy Christiana Bale’a poprzez wycięcie jej z okładki i umocowanie taśmą klejącą. Niektóre rzeczy trzeba przyjąć na klatę. Nawet te, że najlepsze co się jak na razie zrodziło z tegorocznego Opene’ra, to memy Warny z Niezalu Codziennego.
Podsumowując – ta krytyka obrony Najnudniejszego Festiwalu w Polsce Ale Podobno Niezłej Imprezy, jest kulawa i nudna, i pewnie czytacie to zaraz po wstępie omijając caaaaaały mój wysiłek. Wstydźcie się. Lepiej zacznijcie płacić swoim ulubionym blogerom, bo mają mniejsze szanse na to, że pojawią się w masowych mediach niż (mam nadzieję maksymalnie tegoroczna maturzystka, bo przecież litości!) Natalia Słabowska.
Proszę o docenienie zignorowania słonia w pokoju, z którego mimo pokusy nie zaśmiałem się nawet raz.
Pisze o tym z trzech powodów. Pierwszy jest to, że Wikipediczny wpis o Toro y Moi niesie, że artysta jest kojarzony z nurtem chillwave z lata 2010 – co jest bzdurą. Drugi to taki, że kiedy pisałem o tym nurcie w październiku 2009 do artykułu, który da się przeczytać w którymś Pulp (choć nie polecam raczej – jakiś powód dla którego nigdy więcej nie pojawiłem się w druku istnieje), czytałem siermiężnie przetłumaczoną wersję “Podziemnych” Kerouaca. Jack to taki wspaniały konstruktor specyficznej narracji, która w naszym języku raczej nie wychodzi. W każdym razie, czytam teraz “On The Road” i poczułem trochę tamten zew. Trzeci to taki, że tamto lato to muzycznie także “moje” lato. Z całej dekady tylko wtedy poczułem to, co pewnie poczuły tabuny wylansowanych nastolatków w 2004 roku, gdy Franz Ferdinand nagrał doprawdy świetny singiel z za długi intro.
O czym chciałem mówić, to że chillwave nigdy nie będzie dla mnie prawdziwym gatunkiem muzycznym. Jak to powiedział Chaz w jakimś wywiadzie – to raptem kilku gości, którzy znaleźli się w jednym miejscu swojego życia w swoim okresie i ktoś to zauważył [parafrazuję]. Druga epka Washed Out, debiut Neon Indian i kompilacja demówek Toro y Moi to doprawdy wszystko, co powinno nosić tę nazwę. Nie chcę brzmieć jak Nergal we wkładkach wczesnych płyt Behemotha, który poprzez ciężko rozczytywalną gotycką czcionkę fakował pozerów, ale coś nie zagrało tak jak powinno. Przede wszystkim nie udało się przetransportować tego muzycznego zamysłu. Wszystkie zespoły, które momentalnie zabrzmiały jak chillwave zdawały się bazować swoje brzmienie nie, jak w przypadku choćby shoegaze’u, na pionierach gatunku – a ich blogowych deskrypcjach. To całe rozmarzenie, ten leniwy klimat, ta domniemana 80sowość była fasadą przy próbie ujęcia jakiegoś pierwszego poczucia dorosłości jakie dopada cię we wczesnej dwudziestce (szczególna dla mnie konekcja wynikająca z tego, że chyba wszyscy jesteśmy równieśnikami). Pierwszej poważnej nostalgii za czasami, gdy to wszystko nie było na twojej głowie. Ta muzyka tęskni. Bez pretensji, bez kalkulacji. Wszystkie zespoły później nie był takie, nie miały tego kierunku – miały zapatrzone w 80sowe brzmienia utworki zatopione w pogłosie, jakby słuchanie ich z daleka jednoznacznie emulowało wspomnienie. A tak jest tylko na filmach. Po prawdzie zresztą, wspomniana trójca była bardziej z tych leniwych, wyluzowanych, upalonych. Jak dub bez dołów. Naprawdę nikt tego tak nie słyszy?
Ten tekst nie ma jednoznacznej konkluzji, nie ma tez za bardzo sensu. Chodzi mi tylko o to, że to nie było lato 2010, ok? W lecie 2010 słuchałem Out Hud, Flaming Lips i XTC. To w 2009 trzech kolesi o różnych backgroundach (Greene grał jakiś samplowany instrumentalny hip-hop, Bundick klasyczny indie rock, a Palomo pop-electro) tak jakoś poczuło się inaczej i pociągnęli za sobą masę, czasami świetnych, ale ludzi z innej bajki. W dodatku zapoczątkowali, niejako bez większej dbałości o to, renesans kaset – za co też jestem wdzięczny. Tymczasem znikam kończyć podobnie beztroską książkę co tamto lato. Jak bardzo krótki był to moment niech niejako udowodni, że Chaz nagrał organiczne post-disco, Palomo przynudza na syntezatorach, a Greene chyba kończy studia i milczy. Nawet oni nie biją tego martwego konia. Nie psujcie mi mojej nostalgii. Nie chciał bym się kiedyś jej wstydzić.
Dla przypomnienia:
Zespoły i płyty znalezione przez przypadek zawsze cieszą w inny sposób. Minus Jenny było po prostu wrzucone na jakiś prywatny serwer jako zajawki, jak mniemam, z innej strony której zlokalizować nie mogę. Co to zatem? Ano punkujące girlie indie ze śladami Sleater Kinney. Jedne kawałek zrobił na mnie gigantyczne wrażenie, jest poniżej. Jaki hałas, jaka surowość, jaki smutek w zdartym głosie. Szczerze mówiąc, czegoś takiego oczekiwałem od dziadziejącej (babiącej?) Elizabeth Powell z Land of Talk. Od tego zespołu już się niczego nie spodziewam, bo chyba już nie istnieje. Szkoda. Ciekawe, co robi Jenny?
Nie chcę się bawić w recenzję tej płyty. Po wpisaniu “the king of limbs review” Google mówi, ze ma “Około 5,560,000 wyników”. A ja nigdy nie lubiłem tłumów. Tak między nami, bardziej od jej zawartości śledzę ogólny szok kulturowy jaki zachodzi. Uwielbiam jak z tych wszystkich wrażliwych i otwartych ludzi wychodzi zunifikowany gimnazjalista w swetrze Nie Słuchający Popu.
Uwielbiam, czyli jestem zawiedziony tym głównie dlatego, że lubiłem myśleć o Radiohead jako pewnego rodzaju dobrej sile w muzyce, która potrafiła typowo “rockowe serducho” przełożyć na język pesudo-bleepów i bloopów tak, że każdy słuchacz czuł się kosmopolitą, któremu SKAM i Warp nie są straszne. Zupełnie nie rozumiem dlaczego tak nie jest.
The King Of Limbs nie przychodzi z jakiegoś nowego miejca. To wszystko było gdzieś poupychane na b-side’ach i w sumie im dłużej obcuję z tym albumem tym bardziej jestem pod wrażeniem absolutnego porzucenia przez kwintet swojej najbardziej rozpoznawalnej strony. Swoich trademarkowych, siuśmajtkowych refrenów pełnych smutku tak przytłaczającego, że pogłębiającego depresję. Oni nie wyciągali tego smutku ze świata, oni go tworzyli. Poważnie. A na tym albumie tego nie ma, jest za to chłodny dystans, rytm, puls. Nie ma wpadających w ucho refrenów, emocjonalnych sloganów do cytowania na twitterze. Nic, w ogóle, zero. Może to jest problem. Ludzie najbardziej lubią się dzielić tajemniczymi zdaniami wyciągniętymi z tekstów piosenek. A tutaj mogą co najwyżej zastukać w biurko długopisem i zawyć do księżyca. To musi byc dla co po niektórych tragiczne. Nie ufajcie ludziom, którzy lubią tylko hooki.
Najbardziej absurdalnym zarzutem jest dla mnie brak gitar. No bo poważnie. 2011 rok! Radiohead nigdy nie byli zespołem stricte gitarowym, zawsze szli w stronę zespołów używających gitar na zasadzie generatorów odpowiednich tekstur niż skórzanych kurtek. Jasne, było trochę wymiatania, E i F#, solówek i power refrenów, ale na wysokości trzeciego albumu chłopaki stworzyli swoje laboratorium gdzie tworzyli dźwięki. Po prostu. Więcej używali klawiszy, czemu nikt nie płacze za nimi? Może być im przykro.
Druga sprawa to “brak zespołu”. Kurde, nie słuchałem The Eraser od LAT i w ogóle nie pamiętam jak leciał. Nieważne. Nie wiem czemu na tej płycie ma nie być zespołu. Colin już 14 lat temu miał kolorowe postitki na klawiszach basowego kiborda by odgrywać “Climbing Up The Walls”, czemu nie miałby mieć teraz na sekwenserach? Czemu te loopy nie miały by być wycinane z partii Phila? Czemu wszyscy zawsze myślą w tych idiotycznych rockowych kategoriach. Na płytach Smashing Pumpkins Billy Corgan gra wszystkio poza perkusją – czy to sprawia, że coś się nagle z nimi dzieje? Brzmią jak TheFutureEmbrace? Zwan? Może jak The Eraser?
Nie wiem czemu ktoś miałby być z powodu braku efektu 5 gości w sali prób zły TERAZ. Jasne, brzmi trochę jakby zespół nagrał swoje partie w weekend a potem Thom z “piątym Beatlesem” siedzieli 2 lata i je cięli. Ale nie do końca rozumiem, co świadczy o tym, że mógł robić to bez choćby Eda? Bo ma bicepsy? Litości.
Poza tym, Radiohead od DAWNA zdaje się pisać utwory na zasadzie pomysł Thoma > wspólne komponowanie > nagrywanie > układanie z tego wersji studyjnej. Naprawdę nie wiem skąd pomysł, że przy the King of Limbs było mniej zespołowej pracy nad kształtem ogólnym kompozycji niż na Amnesiac. Bo wyrózniony już drugi raz w jednym tekście o zespole, co moze byc jego personalnym rekordem, Ed w wywiadach płacze ciągle jak to demokracja nie zawsze zachodzi w zespole tak jak w definicji na Wikipedii? Ci najbardziej męscy zawsze okazują się na koniec mamisynkami.
Ogółem wszystko wygląda tak, że każdy kocha Radiohead za te same 20 piosenek i jest zawsze zaskoczony, że nie nagrali ich znowu tak samo na kolejny album. Do wyczerpującej sesji Kid A/Amnesiac zespół zdaje się głównie penetrować wątki z tamtego okresu swojej owocnej transformacji i nie wiem dlaczego fakt, ze na tym albumie zamiast w “Pyramid Song” poszli w “Fast Track” ma być taką wielką tragedią. Czy wszyscy fani zostali tutaj teleportowani z 1997 roku? Czy świat zawaliłby się, gdyby się okazało, że album wam się nie podoba, bo nie ma na nim aż tak dobrych piosenek? Czemu ktoś miałby to zwalać na brak czegoś fizycznego? Ho-ho, beriberi. Takiego wała!

Marlboro w miękkich paczkach
The Flaming Lips na Offie
Zbiorowy orgazm. Słabo? Srabo. Nie wiem co można zrobić LEPIEJ. W ogóle cały Off był och i ach.
Eksplozja popularności Bandcamp
100% konkret, zero jakiegoś smyrania się po pytach i spamu w stylu MySpace, przejrzyste tagi i kilogramy świetnej muzyki. Praktycznie ideał na dzisiejsze czasy. Śledzę od 2009 i serce mi rośnie, że to się robi PODSTAWA.
Niezal Codzienny
Powoli idzie do nas fala nowych, lepszych serwisów nauczona unikania błędów takich Porcys czy Screenagers, ale z doświadczeniem wyniesionym z bezpośredniości blogów. Dawno nie było u nas tak ciekawego i świeżego projektu, a jak gmieść winna niesie, to się będzie rozwijać.
Kasety
Masa kaset. Masa.
Geneva Jacuzzi w polszy
Niby nic, ale ten ruch ściągania nie-gitarowych zespołów (Ariel, Dam-Funk nawet) będących mikrohajpami jakichś lokalnych społeczności nastraja optymistycznie.
Studenckie Radio Żak Politechniki Łódzkiej
Prywata trochę, bo mogę, a przecież 99% fajności tego roku powodował Żak właśnie. Także słuchajcie Żaka, singlem tygodnia jest teraz Make Out – przecież!
Nevady czerwone w twardych
Brak nowej płyty Pink Floyd
(Gilmour z Orb, swoją drogą, trochę lol)
Ceny płyt
Upadek Kominiareczki
Poważnie. Chyba nie jesteśmy jeszcze gotowi na taki fajny projekt z głowy najbardziej zadziwiającego mnie w pozytywnym sensie człowieka w kraju. Przeżyjmy to jeszcze raz.
Gdzieś tam swojego żywota produkcyjnego dożył proto-iPod, a ja nie do końca rozumiem czemu nie ma u nas szału na kasety. Polska to przecież idealny kraj, poza Indonezją, gdzie nigdy nie wypadły z obiegu; na wielki powrót tego medium. Kasety ostudzono raptem, ile, 6 lat temu? Jeszcze wtedy kupowałem w ramach taniej alternatywy takiego Aphex Twina czy Ściankę, za jakieś grosze. Ale jakoś nie chce zaskoczyć. Świadomie wzmiankujących kasety znalazłem dwie osoby, ale to raczej nostalgicznie, a to przecież taki wdzięczny wynalazek.
Nie wiem jak w kraju muzyki chodnikowej w 2010 przetrwała tylko jedna firma robiąca kasety (z Łodzi!), a przynajmniej tylko jdną podaje mi Google. Za wielką wodą mają się chyba lepiej niż kiedykolwiek na fali udawanej hauntologicznej nostalgii. Moon Glyph, Wild Animal Kingdom, Mirror Tapes Universe – wszystkie wydają w większości kasety i to całkiem popularnych blogbandów typu Toro y Moi, Washed Out czy Julian Lynch. Pitchfork kiedyś zresztą umieścił o tym cały wielki artykuł na imitację którego nie chcę się porywać. Po prostu chciałem powiedzieć – słuchajcie kaset. To takie winyle klasy robotniczej.
Sam kupiłem ostatnio z 5. Za grosze, bezduszny format CD się nie umywa (naprawdę nigdy tego plastiku nie pokochałem, jeżeli istnieje jakaś *aura* pozamuzyczna to dokładnie wiem gdzie jej nie ma). Ba, niedawno wokalista lokalnego garażowego koszmarku Pornohagen wydał jakąs quasi-ambientową rzecz na kasecie, bodajże na Ukrainie. Nawet Ukraina jest już przed nami? Chyba, że to casus Indonezji. Odkrywam ten format dla siebie trochę na nowo, sam spóźniony o jakieś dwa lata, ale wciąż pewnie ze dwa lata w przód.
Z pocztówkami dźwiękowymi jest nawet jeszcze gorzej, ale o tym innym razem.
Klaso robotnicza, nie zawiedź mnie.
Bogi
Blackbird Blackbird: Summer Heart
Pierwsza strona to najlepszy chillwave roku, druga trochę zawodny bedroom indie emotronica w stylu wczesnych 00s.
Geneva Jacuzzi: Lamaze
Świetny post-synth-pop (ha!), a “Zombie Shark” jeden z najfajniejszych “śmiesznych” refrenów tego roku.
Każuale
Ariel Pink With Added Pizzazz: Ariel Pink With Added Pizzazz EP
Bes sęsu.
Pocahaunted: Make It Real
Ege Bamyasi dla mniej fortunnych.
Witamy! Prosimy nie regulować odbiorników! Na początek ścisła czołówka roku.
Pill Wonder: Jungle/Surf
Homemade lo-fi indie tropicalia, narkotyki na łonie natury.
Teengirl Fantasy: 7 AM
Młodsza siostra The Orb’s Adventures Beyond the Ultraworld.
Teraz trochę polecanych umilaczy czasu.
Tjutjuna: Tjutjuna
post-notnotfunowe dżemowanie – niby bez rewelacji, ale wciąga.
Slow Animal: Slow Animal EP
Wavves które mnie nie nudzi?
Oraz ukochany przez wszystkich kącik rozczarowań.
Brian Eno: Small Craft on a Milk Sea
Prawdopodobnie wynurzenia ze startupu Windows (te Frippa też; w ogóle ENO I FRIPP robiący startupy Windowsa, wtf) przyjąłbym cieplej niż ten dziwaczny eksperyment brzmiący jak kiepski soundtrack do post-apokaliptycznej przygodówki.