Jak już mówiłem, wróciłem na wiosnę. By rozprostować kości, zapraszam na małą rekapitulację moich muzycznych sympatii ostatnich 4 miesięcy. Choć starałem się być w trybie wakacyjnym, działo się zdecydowanie za dużo bym mógł usiedzieć spokojnie. Poniżej selekcja 10 moim zdaniem najciekawszych dłuższograjów.
Die Antwoord: TEN$ION
Wciąż nie wiem czemu ta płyta nie podoba się praktycznie nikomu. Prodigy sprzedało z 30 milionów kaset nad polskim morzem, ktoś musi czuć choć trochę nostalgii. Świetny, energetyczny album pełen rave’ów, hiphopów i innych ciekawostek. Dodatkowe punkty za samplowanie Delii Derbyshire.
Mux Mool: Planet High School
Nie wiem absolutnie nic o Mux Mool poza tym, że kawałek fajnego, prostego bigbeatowo-hiphopo-idmowego skocznego materiału. Tak, jestem czasami aż tak leniwy.
Atom™: Winterreise
Uwe Schmidt, człowiek 2000 psudonimów pod którymi nagrał 7000 płyt (dane nie zostały sprawdzone), wydał te płytę w zeszłym roku jako playbutton. Czyli taki odtwarzacz mp3, który gra w kółko jedną płytę i w ramach interface’u ma okładkę. GENIALNY pomysł na wyciąganie kasy od zamożniejszej części ludzi z pierwszego świata. Raster-noton na szczęście śpieszy z pomocą byśmy ten abstrakcyjny (jeden z utworów brzmi nawet jak spowolniony remiks “Arch Carrier” Autechre) kawałek muzyki elektronicznej celebrować z ripa w jakości CD.
Giant Claw: Clash of Moons
Jeżeli tak jak ja macie słabość do arpegiatorów w stylu skwaszonych elektroników z lat 70 uzbrojonych w kosztowne jak na tamte czasy syntezatory, nie szukajcie dalej. Prawdziwa perełka, zwłaszcza tytułowy utwór, trwający ponad kwadrans.
The Lemon Tape
Kanada wciąż na topie. Tym razem w formie słonecznego, hipisowskiego 60s popu na kompilacji, która brzmi tak spójnie, że równie dobrze mogła by być jakaś zorganizowaną akcją jednego kolesia. Zwłaszcza polecam zwrócenie uwago na wyrafinowane dotworzenie brzmienia tamtych lat. Dało by sie nabrać, że to z epoki.
Mark Van Hoen: The Revenant Diary
Nostalgiczno-analogowa podróż w świat abstrakcyjnej elektorniki, triphopu i szkoły berlińskiej. Mark postanowił nagrać wszystko jak w latach 80, na 4-track, przy użyciu starych sprzętów. I wyszło czarująco.
Plug: Back on Time
Jak już wspominałem…
VCMG: Ssss
Nigdy bym nie pomyślał, że takie epicko fajne techno wyjdzie spod laptopów nudziarzy odpowiedzialnych za dekady męczenia mnie Depeche Mode. Godzina jedostajnego umc umc umc jakiego nie powstydzili by się umc-maestrzy z Hardfloor. Umc umc umc.
Steinvord: Steinvord
Ktokolwiek stoi za Steinvord musi być niepocieszony, że mimo nieujawnienia się, nie powtórzył sukcesu The Tuss. Szwindel jest jednak zbyt dobrze skonstruowany, by dojść do jednoznacznje konkluzji kto wysmażył te 25 minut acid drum’n'bassu, zabijając tym samym jakiekolwiek zainteresowanie ludzi spoza wąskiej grupki sympatyków wydawnictw wytwórni Rephlex. To, co dzieje się w “Yiff Acid” czy “Cyg X-1″ jest wręcz nieopisywalne. Niesamowicie pocięte figury rytmiczne nie tracące ani razu tanecznej klarowności odwołują do czasów, kiedy Warp siał spustoszenie na scenie “ambitnej” muzyki elektronicznej, podkręcone trzykrotnie. Aczkolwiek każda z tych piosenek to strzał w sam środek tarczy. Szkoda tylko, że pressing winyla to strzał w stopę, ale hej. Czego się nie robi dla siebie.
Kevin Greenspon: Maroon Bells
Maroon Bells to zadziwiający wręcz dokument dalekiej drogi Kevina jaką przeszedł jako twórca ambientu. Używając samej gitary tworzy formy i tekstury unikające post-rockowości, jedocześnie zachowując popową lekkość bez popadania w tanią melodykę. Ten album jest tego wszytskiego kulminacją. Każda piosenka to mały majstersztyk jaki na swoich płytach serii Ambient mógły umieścić Brian Eno. Swoista symfonia przedługich wybrzmień przecinanych krótkimi, melodycznymi pasażami. Kiedyś mówiłem, ze marzeniem moim byłoby sprowadzenie całej muzyki do serii precyzyjnych fal sinusoidalnych i tutaj właśnie to się udało osiągnąć. Coś doprawdy niesamowitego.
Jeżeli myśleliście, że nie będzie relacji, to chybaście zgłupieli na koniec bajki. Bardziej muzycznie rozkminiam w Electric Nights Magazine, które wyjdzie na dniach, więc tutaj pozwólcie, że będę blogował.
Czwartek
Nie, nie byłem na Currentach. Nawiedzony avant-folk Tibeta nie w moim stylu. Za to miejsce gdzie trafiliśmy razem z całą żakowską ekipą było przecudne. Musiał być tam wcześniej bar albo siłka, bo na przeciw naszych z Anią drzwi miałem Pudziana, a gdzieś nad którymś z boksów był jakiś wrestler. Ktoś wziął pomieszczenie i zmajstrował tekturowe boksy. Tak, boksy. Bez okien, za to z burdel-lampkami, co w mieście seksu jakim są Katowice (tyle strip-barów, a Ania tylko nie i nie, nie pójdziemy) prowadzi do jednoznacznej konkluzji co do przeznaczenia tych miejscówek poza OFF-em. Poznaliśmy też browar Tucher, którego piwo pszeniczne miało posmak banana, ciemne było po prostu smaczne, a odmiana Kola Weizer z łatwym do domyślenia się składnikiem ze względu na minimalną zawartość alkoholu (2,6%) fenomenalnie rano orzeźwiało. Tak, to chyba tyle co chciałem przekazać.
Piątek

Tutaj wszystko wybuchło i to wcale nie dlatego, że spotkałem słynnego Kube “wszystko wybucha” Czerpaka, ale znalazłem niesamowicie wręcz zaopatrzony sklep z używanymi płytami w jakiejś uliczce. Okazuje się, że wysokie ceny łódzkiego “Ale Jazz” owiane są legendą wśród wymierających sklepów prywatnych w całym kraju. 5″ z melodiami radzieckimi i 10″ (absolutnie fenomenalna!) Sławy Przybylskiej to nawet nie jest najlepsze co tam znalazłem i za jakieś grosze kupiłem (najlepsze było polskie sci-fi z niesamowicie stymulującą okładką niczym jakieś “Solaris” czy coś, choć to akurat książka). Po zostawieniu tam sporej części swojej wypłaty i najedzeniu się w BARZE MLECZNYM poszedłem na jakieś koncerty, bo głupio tak.
Zajechałem wcześnie na miasteczko, ale pierwsze godziny upłynęły mi na poznawaniu wpływowych ludzi (choć TCIOF słyszałem i muszę powiedzieć, że jak Ania zauważyła, ich akcent się chyba spolszcza z roku na rok). Pierwsze co faktycznie obejrzałem to kanadyjskie Junior Boys, osławiony synth-duet (na żywo z perkmanem), który mnie zaskakująco porwał przy takich “Double Shadow” i choć wyglądał jakby ich zmniejszyli bo scena taka wielka, a oni tacy skromni, to było nawet niezłe bałnsiwo. Daleki jestem od fanowania ich płytom, ale chyba na jakiś gig w klubie wybiorę się.
Potem nadszedł moment przestawienia parametrów czasoprzestrzeni i poszliśmy z moją wierną kompanką Anną na MESHUGGAH. Nie wiedziałem co gra Meshuggah, poza tym, że napierdala, więc walory edukacyjne były spore. W sumie to miał być taki zgryw, żart prawie, 5 minut popatrzymy i pójdziemy coś zjeść (bar wege MoMo z Krakowa! jejku, jedzcie tam krakowianie!), ale nie. Bita godzinę lub coś koło tego w bliskiej odległości od sceny staliśmy zahipnotyzowani energią i precyzją. Nie wiem, czy graliście kiedyś jakąś muzykę, ale jak się wychodzi poza “na trzy” czy “na cztery” to sprawy się mega-komplikują przy większej ilości muzyków niż trzech. A Maczuga jak gdyby nigdy nic, w zawrotnym tempie, nawalała podziały jakie boję się liczyć. To była jakaś techniczna ekstaza (nie TA techniczna ekstaza, no co wy). Szok i terror. Semantyczne odebranie można chyba tylko porównać z zeszłorocznym The Flaming Lips, tak nam się japy roztworzyły. Choć nadal w domu nie wyobrażam sobie puścić, no chyba, że denerwującym techno faza sąsiadom.
Potem trochę kultury. Tesco Value super, kto nie lubi ten z policji. Omar Souleyman zabawny przez 15 minut. Blues Explosion niezabawne przez całe 6 godzin czy ile tam stałem i czekałem aż się w końcu zwiną. Serio. Blunk? Srank.
Dalej był już zjazd. Zmęczenie brało górę, Mogwai przynudzali (choć “Hunted By A Freak” – chyba muszę zrewartościować te dawne miłości które odrzuciłem), Low też choć serce mi się krajało jak mi się nie podobało, bo ludzie z nich uroczy.
I potem do domu, szokująco tanią lokalną taksówką. Gdyby tyle kosztowały kursy w Łodzi zaliczyłbym rozbrat z MPK.
Sobota

Zaczęła się rozbawieniem z mojej strony, kiedy Rysiek G. zamiast na MECZ WSZECHCZASÓW prawie wybrał się z nami na śniadanie. Ostatecznie jednak uległ sportowej presji i wybył oglądać jak jego drużyna dostaje cięgi (podobno), kiedy my korzystaliśmy z uroków baru mlecznego Europa. Polecam, jest zaraz w centrum.
Drugi festywny dzień rozpocząłem od strategicznej decyzji by nie jechać zbyt wcześnie, bo jak zjawiasz się przed 17 tylko skracasz czas swojej wytrzymałości i na ostatnich koncertach umierasz ze zmęczenia (stary już jestem – przp.tłum.). Pierwsze co zobaczyłem to Blonde Redhead i doszedłem do wniosku, że luzie wybierający zespoły na OFF-a są na tym etapie rozwoju muzycznego co ja między gimem a liceum. Raveonettes? Lali Puna? Mogwai? Blone Redhead? Nie to bym się skarżył, bo zobaczyć w dojrzalszych okolicznościach dawnych zapychaczy moich łokmenów to przecież prawdziwa gratka i radość, ale to zastanawiające jak preferencje “sceny indie” w Polsce nie zmieniają się od dekady gdzieś. Niby tańcujemy do Studio, zachwycamy się reedycjami Dismemberment Plan, ale jak co do czego to tylko islandzkie jęczybuły nas ruszają. Ja nie wiem. Koncert bardzo ok, w każdym razie. I jako, że nigdy nie wiedziałem, że to są bliźniacy – przez chwile czułem się jakbym się biernie pozaciągał i miał jakieś jazdy niczym w Matriksie. Bo jeżeli czegoś nie brakowało na OFF-ie, to trawiarzy. Dobrze, że gastro w tym roku takie rozbudowane zostało.
Neon Indian zmiotło. Zmiotło tak bardzo, że prawie wepchnąłem się na wywiad z Alanem Palomo co Rysiek robił, ale spękałem. Głupi ja. Dalej było jeszcze Primal Scream, które mnie osobiście jakoś nigdy za bardzo nie zrywało, ale na żywo przyjemne strasznie. Na koniec poprawiłem nudnawym Suuns i żałowałem potem, że nie Danem Deaconem. Po zdjęciach wnioskuje, że dobra wiksa.
I znowu taksa do domu, żyć nie umierać.
Niedziela

Oszczędzając wam gastronomicznych relacji (chińczyk, jakby ktoś pytał) przeskipuję ten jakże fajny dzień od razu do drogi na OFF. Otóż kiedy szedłem zobaczyć trochę muzyki oberwała się chmura. Armagedon rozpętął się tak totalny, że choć broniliśmy się kapoczkami (w tym roku mieli jakąś opcję ultra-pro, człowiek nawet się nie pocił w środku) to wciąż buty i spodnie do połowy to był popularny “gnój”. Co w połączeniu z perspektywą 6-7 godzin na terenie festiwalu przyprawiało mnie o suicydalne nastawienie. Ale przezyłem (jak widać / NIESTETY), choć na przyszłość pamiętajmy – jeżeli ma padać, weźmy kalosze, a jak nie mamy, to chociaż buty na zmianę i spodnie. Wracałem na drugi dzień wciąż jeszcze trochę mokry, i że nie złapałem żadnego grzyba czy choroby to jest cud na cuda. No ale, koncerty.
Poszliśmy na Liars, ale mieli próbę dźwięku (bardzo dobrą, nawet “Beautiful People” Mansona gitarzysta zagrał w ramach rozgrzewki), więc poddaliśmy się po 20 minutach opóźnienia i poszliśmy na Anne Calvi. Kto płaci ludziom za kopiowanie innych artystów? Istna grająca bluza Adidosa. Uciekając z powrotem na Liars spostrzegliśmy, że barierki przed Deerhoof jakieś takie wolne są i w kilka osób usadowiliśmy się. Wtedy poznaliśmy GWIAZDĘ INTERNETÓW i mamy z nią nawet zdjęcie. Sam Deerhoof transcendentalny, to co robi perkusista na żywo ze swoim ciałem, jak gra i w ogóle jaki JEST powalało bardziej niż przesłodka prezencja Satomi, która robiła te swoje “wykopy” i uśmiechała się strasznie. Wprawdzie singalong w piosence nie na 4/4 trochę nie wypalił (ciekawostka – europejczycy klaszczą na werbel (2,4), a reszta świata na stopę (1,3)), ale odpadłem i tak. I nawet potem z Gregiem Saunierem wymieniłem kilka słów pomagając przy wywiadzie RYSIOWI G MISTRZOWI POLSKI i w konwersacji jest równie efektowny, co chwile mając tiki, robiąc dziwne rzeczy z rękami i śmiejąc się jak Tommy Wiseau (a jaki gawędziarz!). Makasra.
Dalej Ariel Pink, którego liczyłem, że zmorzy własne nieustabilizowanie emocjonalne i zejdzie ze sceny po 15 minutach w teatralnym geście primadonny co bym mógł iść na Konono no 1, ale niestety zagrał bezbłędny sajko-popowy gig i nic z moich kongotronicznych marzeń nie wyszło (to i HDTW pokrywające się z Primalami – co za złośliwiec układał?). Pozostał już tylko La Grande Finale, czyli John Lydon i jego świta. No i ja nie wiem, ale jednak zbyt sterylnie, zbyt precyzyjnie. Ja tam chciałem flaków, rozpierdolu, Metal Box w całości, a nie knotów z Album/Compact Disc/Cassette i tak przearanżowanego “Flowers Of Romance”, że nie poznałem. Wprawdzie chodzę i nucę “This Is Not A Love Song”, a dzisiaj w rozmowach z Anią dobrą godzinę poświęciliśmy na rozkmine że 10 metrów od nas na scenie jak gdyby nigdy nic występował Fatty Johnny (jak się sam przedstawił, rozkoszny człowiek), ALE TAM. Gdzie jest moje Public Image Ltd? Co mi po świetnym koncercie z brzmieniem tak selektywnym, że się je prawie widziało (serio dużo ludzi paliło tam trawę, biernie się uzależniłem), kiedy nawet “Swan Lake” dostało jakieś kosmetyczne zmiany (jak można bez tego wejścia basu? JAK). Niby nieogar, ale jednak ogar. Zresztą nieważne. Lydon był, można umierać. „Religion II” nawet zatrzęsło tak jak trzeba.
I to tyle. Może trochę rozkminy około-offowej na koniec. Po pierwsze – kible były OK. Pierwszego dniach ktoś oczywiście puścił bombę na muszle, ale potem zaskakująco można było wchodzić w ciemno i najbrudniejsze wc dnia drugiego widziałem w strefie mediów (który to? przyznać się!). Żarcia było co nie miara i było w czym wybierać (czarnym koniem był taki pan z kotłem na stoisku z niewiele mówiącym napisem WĘDZONE, który dawał breję bliżej nieokreślonej mieszanki mięsa i ziemniaków, która smakowała raczej strasznie, ale na pewno zabijała głód na godziny skuteczniej niż 20 znacznie smaczniejszych naleśników ze szpinakiem ze strefy wege). Ludzie byli fajni, choć ilość dzieciaków urodzonych w WOLNEJ POLSCE dobijała – stary jestem. To był taki ogólny klimat przemyśleń na co drugim koncercie zespołów typu Mogwai – czy ci ludzie, którzy tak tam doznają pod sceną mieli w ogóle świadomość istnienia muzyki kiedy ja się tymi zespołami już nudziłem? I nie to, że snobizm, ale JAKI JA JESTEM STARY. Poza tym, 90% ludzi było na OFF-ie na piwie i smuci mnie, że ten sympatyczny festiwalik rośnie z roku na rok, sponsorzy są coraz bogatsi, i niebezpiecznie zbliżamy się do poziomu Open’era aka Woodstocku dla ludzi żyjących ponad średnią krajową, czyli miejsca gdzie się jedzie natrzepać ze znajomymi z całej Polski i w tle czasami gra jakiś zespół znany z TV. Smutne, ale cóż zrobić. Popularność nie sprzyja w takich przypadkach, jak zasłużona by nie była.
Ale to są moje jęki tylko. Dajesz Artur z tym, widzimy się za rok.
OFF Festival
Katowice, 5-7.8.2011
PS Zdjęcia Ania robiła!
16 czerwca zmarł na zawał Larry ‘Wild Man’ Fischer. Jeden z najdziwniejszych muzyków-outsiderów jakich znam. Od dzieciństwa chory na schizofrenię paranoidalną i depresję dwubiegunową całe swoje życie spędził na ulicy lub w instytutach zamkniętych. Urodził się w 1944 roku, pierwszą wizytę w ośrodku dla umysłowo chorych zaliczył kiedy w wieku 16 lat po tym jak zaatakował swoją matkę nożem. Pod koniec lat 60. żył w Los Angeles, gdzie komuna hippisowska traktowała go jak maskotkę. Za wrzucenie mu drobniaków Larry “śpiewał” swoje piosenki na które składały się proste, niemalże dziecięce rymowanki i dużo krzyczanych ornamentów. W końcu odkrył go Frank Zappa, wydał i wyprodukował album w 1968 An Evening with Wild Man Fischer, który promowało hasło “coś nie do końca muzycznego”. Fischer rozczarował się, kiedy okazało się, że nie jest gwiazdą. Przyjaźń z Zappą skończyła się, kiedy w kolejnym napadzie rzucił słoikiem kilka centymetrów od głowy Moon Unit, córki Franka. Dalej Larry dryfował, nagrywając kilka dziwnych płyt, aż w 2004 roku jego rodzina umieściła go pod nadzorem lekarzy, leki zaczęły działać, a muza odeszła. Świetnie przedstawiono to w filmie “Derailroaded”, który polecam wielce. Jako mały hołd dla tej amuzykalnej osobowości, przypomnijmy może o innych muzykach cierpiących na schorzenia psychiczne.
Syd Barrett
Napisałem o Sydzie duży artykuł do Electric Nights, z którego jestem dumny, więc chyba jestem zmuszony was tam odesłać. Tam dowiecie się kogo zbił mandoliną i czy naprawdę spędził kilka miesięcy w zamkniętym instytucie w latach 80. Poza tym, za niecałe trzy tygodnie minie już piąta rocznica jego śmierci – więc temat pewnie jeszcze wróci. Syd zawsze wraca. A tymczasem, przepiękna, łamiąca serce piosenka zamykająca jego ostatni album z Pink Floyd. Nie wiem czy znam smutniejszy utwór.
Ronald Jones
Ronald grał w The Flaming Lips w latach 1991-1996. Wirtuoz efektów gitarowych zasłynął swoimi licznymi ekscentryzmami (odmawiał grania piosenek, które uważał za sprowadzające na zespół złą karmę; budził w środku nocy kolegów z zespołu wieszcząc, że kończy się świat; etc) aż w końcu rozstał się z nim z powodu paranoi związanej z Drozdem, wtedy uzależnionym od heroiny. Nie mówi się o tym oficjalnie, podobno z powodu szacunku do Ronalda, ale tak – nie był on zdrowy. I na tym, przez szacunek, zakończmy. Po The Flaming Lips nic już niestety nie robił. Żyje zaszyty gdzieś głęboko w USA.
Daniel Johnston
Historii o Danielu jest za dużo by je wszystkie tutaj wymienić. Powiedzmy, że depresja dwubiegunowe i kto wie co jeszcze nie obchodziło się z nim i ludźmi dookoła niego zbyt lekko. Co nie przeszkodziło mu w nagrywaniu fenomenalnych albumów, występów w MTV, doczekaniu się genialnego dokumentu “The Devil And Daniel Johnston” czy wersji swoich utworów w wykonaniu Becka, The Flaming Lips, TV On The Radio, Sparklehorse i innych. Daniel żyje do dziś, faszerowany lekami ma się dobrze, nagrywa i koncertuje. Jeden z niewielu, którym się udało.
Skip Spence
Alexander Spence, zwany kanadyjskim Barrettem, zasłynął jako członek i założyciel psychodelicznych Moby Grape i Jefferson Airplane. Chory na schizofrenię, lubujący się w LSD, miał nawyk rozwalania drzwi swoich kolegów z zespołu siekierą i posądzania się o bycie antychrystem. Jak głosi legenda, Skip pewnego pięknego dnia w grudniu 1968 roku wyszedł ze szpitala psychiatrycznego w piżamie, wsiadł na motor i pojechał nagrać swój jedyny solowy album – genialne Oar. Później był już tylko głównie bezdomny, aż niedługo przed śmiercią odnaleziono go w związku z tribute- albumem More Oar z 1996 roku na którym swoje wersje jego utworów zagrali m.in. Greg Dulli, Beck czy Tom Waits. On tez nagrał swoją piosenkę, industrialne “Land Of The Sun”, po raz ostatni w życiu. Zmarł na raka płuc w 1999 roku.
Gary Numan
Na początek chciałem tu dać Wesleya Willisa, ale postanowiłem pokazać, że nie wszystkie choroby psychiczne kończą się w ośrodkach zamkniętych po próbach zabicia kogoś z twojego otoczenia. Numan, pionier sci-fi new wave, ma Aspergera, czyli lżejszą formę autyzmu. Oznacza to, że raczej nie poprzytulacie się z nim i możliwe, że po 5 minutach oleje was i sobie pójdzie – ale jak widać po jego gigantycznej karierze, można z tym żyć.
Na koniec moja ulubiona piosenka Larry’ego. Bo w końcu to o niego chodziło od początku.

Od dawna chciałem to zrobić, a jako, że wiosna to dla mnie zawsze powrót do czegoś z młodości, niech będzie już to Sub Pop. Kiedy miałem 14 lat i czytałem książki o Nirvanie wydawali się być jakąś mekką muzyki najwspanialszej, szczególnie, że nic z tego w polskich sklepach nie było do weryfikacji. I choć okazało się z czasem, że przypuszczenia nie były zbyt precyzyjne (czysto muzycznie wolę chociażby K, by daleko nie odchodzić), to fascynujące jak udawało im się zbierać jedne z najlepszych i najszumniejszych nazw dookoła, oraz świetnie odbijać trendy w muzyce znanej jako indie. Dlatego idea miesięcznych singli, sama w sobie wspaniała, świetnie nadaje się na przekrój przez wszystko. Daruję sobie re-cap na temat historii Sub Pop, każdy wie o co chodzi. Seattle i grunge są nam wpajane do głowy od lat. W pierwszej odsłonie będzie ponad jeden rok, bo wszystko zaczęło się dosyć dziwnie w listopadzie. Ale pewnie wtedy nie wiedzieli, czy będą tę serię wydawać jeszcze w przyszłym listopadzie, tak jak ja nie wiem, czy dojdę do roku 1990. Choć chciałbym. Zaczynajmy!
#1 Nirvana – Love Buzz/Big Cheese [11/1988]
Ten słynny pierwszy singiel. Wiecie, w tej całej otoczce cierpiącego geniusza ludzie zapominają, że Kurt był przez całe życie małomiasteczkową jęczybułą o fajnym guście muzycznym i niezłą ręką do melodii. Choć, po prawdzie, na debiutanckim singlu nie ma jeszcze tego wszystkie tak wyraźnie uwypuklonego. Szczególnie, że druga strona to jedna z nudniejszych jego kompozycji, a strona pierwsza jest nie jego w ogóle. To ciekawy singiel i dosyć ‘lekki’ jak na debiutantów, ale gdzie zaszli nie dało się jeszcze wynieść. Ale właśnie – ta czujność. Choć też opatrzność. Ponoć Kurt zmusił niemalże Ponemana, którzy niczym angielska Factory, nie podpisywali niczego – do przygotowania odpowiedniego dokumentu dla zespołu. I, co dosyć w sumie zabawne, to dzięki temu dokumentowi Geffen odpaliło im za ten zespół chłopców z Aberdeen sumkę, która pozwoliła na doprowadzenie wytwórni do estymy i siły sprawczej, jaką cieszy się dzisiaj. Ale to są inne historie.
#2 Sonic Youth/Mudhoney – Touch Me I’m Sick/Halloween [12/1988]
Już wtedy klasycy vs jeszcze nie klasycy. Ponoć kiedy Thurston usłyszał podesłaną mu przez dygnitarzy Sub Pop kasetę z utworami Mudhoney zaproponował ten split z wzajemnymi przeróbkami z miejsca, wybierając właśnie, jak się potem okazało, flagowy utwór zespołu z Seattle (choć niesłusznie flagowy, bo najlepsze było przed nimi). I co ciekawe, quasi-debiutanci (w rzeczywistości muzycy z historią fonograficzną w innych składach) przebili klasyków. Sonic Youth wypada najprościej rzecz ujmując słabo. Nie są w stanie zrobić z “Touch Me I’m Sick” niczego ciekawego, poza zagraniem go jak średni garażowy zespół na próbie. No i Kim, choć wspaniała, nie za bardzo sobie radzi z tym kawałkiem. Inaczej miejscowi. “Halloween” w ich wykonaniu to powolny, przerażający bluesowy majestat pełen prymitywnej surowizny. Piękne, warte, polecam.
#3 The Flaming Lips – Strychnine/Drug Machine/What’s So Funny [01/1989]
No więc tam, gdzie u Kurta nie było jeszcze słychać, tutaj u Lipsów nie da się uwierzyć, że do czegoś doszli. Ten singiel, choć sympatyczny, jest tak boleśnie źle zrobiony na każdej płaszczyźnie. Brzmienie, jak brzmienie – zasadniczo nie było z czego rzeźbić. Instrumenty rzympolą, chłopaki efektu sobie nie umieją ustawić, słowo tempo widzieli chyba w słowniku. To jest przepiękna niemalże symbioza hałasu i muzycznego tumiwisizmu. Wayne nie umie śpiewać i ma to gdzieś, muzycy mają gdzieś, że czasami walną w struny za mocno. Wszystko jest brudne, głośne i nie takie, jak wydawało by się, powinno być. To zadziwiające, jak wiele dali im Fridmann i, przede wszystkim, Drozd. Jeżeli chcecie wiedzieć wszystko o wczesnym wcieleniu zespołu, wrzućcie ten singiel. Nie katujcie się tym wczesnym okresem. To tak, jakby jeść zboże prosto z pola, bo przecież to właśnie z niego powstaje naprawdę dobry chleb. Można, ale naprawdę, czemu? Jedyne, co tutaj ciekawe, to ponownie – nos Pavitta i Ponemana.
#4 Les Thugs – Chess and Crime/Sunday Time [02/1989]
Francuscy punkowcy. W sumie nieciekawi, poza skłonnością do niemalże ride’owych harmonii i rozmycia brzmienia ukrytych pod dosyć typowymi dla nurtu piosenkami.
#5 Helios Creed – Nothing Wrong/The Sky [03/1989]
“There’s nothing wrong with the zoo” tłumaczy nam beznamiętny narrator tego bliższemu kolażowi niż piosence utworu muzycznego. Helios Creed właśnie tym się zajmował. Legendarny pionier acid punku z Chrome, wtedy po prostu dziwak-eksperymentator. Osobliwe.
#6 Afghan Whigs – I Am The Sicks/White Trash Party [04/1989]
Zanim Dulli zamienił się w sensualnego grubcia, był wkurwionym białasem z Ohio grającym jangly-grunge jakby chcący połączyć Soundgarden z R.E.M. Niestety, brzmi tutaj, jakby miał skończyć na soundtracku do nieistniejącego sequela “Suburbii”, a proszę gdzie zaszedł. W ogóle to, gdzie ci wszyscy grandżowcy i ich dziejowi pobratymcy zdołali zawędrować od permutacji Black Sabbath na dynamice The Germs powinno kiedyś znaleźć swoje miejsce w opasłym artykule w poczytnym magazynie. Bo to fascynujące jak nic. Co do singla, to jak siedziałem tak siedzę. Jeżeli wiecie, co chcę powiedzieć. Jeżeli nie, to też dobrze, idźmy dalej.
#7 Mad Daddies – Alligator Wine/Take Me back to Woodstock [05/1989]
Ach, tak. Barowy swamp-blues na przesterze z pogłosem jakby mikrofony stały na drugim końcu lokalu. W sumie to zaskakująco fajny, ciągnący się w nieskończoność hard-rockujący kawałek jak z playlisty Titty Twister. Bezpretensjonalnie niepasujący do wytwórni, w której wyszedł, choć niby wszystko się zgadza – jest blues, jest przester, jest ciężko, jest grunge. Ale, jakby, zamiast flaneli – skóry, zamiast Dodge’ów – motocykle, zamiast heroiny – piwo. Proto-stoner rock. Ten klimat.
#8 Tad/Pussy Gallore – Damaged 1 / Damaged 2 [06/1989]
Eksperyment taki. Kawerujemy Black Flag w najbardziej chamski sposób. Ogółem ja się nie znam, nigdy nie lubiłem jak Black Flag nie brzmią jak fani Yes, więc i ten kawałek jest mi obcy, co dopiero w chamskich kawerach. Może, gdyby to była TA Pussy Galore, ale tylko może.
#9 Das Damen – Sad Mile / Making Time [07/1989]
Pierwszy kawałek to jest fajny, ciekawy, R.E.M.owy college rock z ładnym refrenem i słodko chłopięcym tekstem ‘tell me just why / mona lisa smiles’. Wrażliwi chłopcy, wrażliwa piosenka. Na wskroś przesycona brytyjskim bólem egzystencji, choć są z Nowego Jorku (tak, zdaję sobie sprawę, że R.E.M. nie są ze Zjednoczonego Królestwa, ALE SĄ TAK NUDNI ŻE MOGLIBY BYĆ). Drugi nie rezygnuje z radosnego refrenu, choć brzmi bardziej jak acid punkowcy adaptujący Buddy’ego Holly’ego niż coś na wskroś innego, jak muzyka klasyczna. Bardzo, bardzo dobry singiel!
#10 Rapeman – Inki’s Butt Crack/Song Number One [08/1989]
Fani chcący usłyszeć słynne mizoginistyczne, obrazoburcze teksty tego projektu mogą się rozczarować, gdyż wydawnictwo jest na wskroś instrumentalne. Zasadniczo prym wiedzie charakterystyczna gitara lidera, niejakiego Steve’a Albiniego, który swoim aluminiowym przesterem rozpycha głośniki. Niezbyt daleko od Big Black, zdecydowanie zbyt od Shellac. Choć, ciekawostka, “Inki’s Butt Crack” kończy główny motyw piosenki wykonany na instrumentach smyczkowych (głównie dlatego, że to utwór Felixa Mendelssohn-Bartholdy’ego, znany szerzej jako “Hebrydy Uwertura”, ale to już w ogóle inna historia).
#11 Lazy Cowgirls – Loretta/Hybrid Moments [09/1989]
Nie wiem jak wy, ale ja jakbym chciał posłuchać Ramones z solówkami Chucka Berry’ego, to bym sobie chyba wyszedł się przewietrzyć. Bo to serio jest to, co do dzisiaj uskutecznia chyba cały katalog Jimmy Jazz nie będący Kometami i nie grający ska. Boże.
#12 Lonely Moans – Shoot The Cool/Texas Love Goat [10/1989]
Ten singiel to coś na wzór psychodelicznego twee z lekkim posmakiem tego, z czego za kilkanaście lat zasłyną Je Suis France (b-side brzmi jak coś z sesji do Fantastic Area). Warte rzutu uchem na taśmę.
#13 Honeymoon Killers – Get It Hot/Gettin’ Hot [11/1989]
Honeymoon Killers to zespół belgijski. Ale ten tutaj jest amerykański i tak się tylko złożyło, że się tak samo nazywają. To tutaj to garażowy psych jakby z okolic Sonics, a to belgijskie nie mam pojęcia. Najciekawsza i najlepsza piosenka na płycie to “Gettin’ Hot”. Jest naprawdę świetna! Niby ciężki psychodeliczny garaż, a melodyjna partię przykrytego trochę efektami wokalu zdają się wykonywać dzieci. Efekt jest imponujący.
#14 Fugazi – Joe #1/Break In/Song #1 [12/1989]
Dzięki Bogu, na koniec dowalili do pieca singlem Fugazi, kończąc rok 1989 tak, jak chyba każdy wtedy chciał, by się kończył. Z Fugazi. Mało tego, jest to mój ulubiony utwór słynnego zespołu ze stolicy, grającego hawdkowd. Instrumentalny, fajnie “jadący”, jakby pochylający się funkującym soundtrackom na hardcore’ową manierę. Jest trochę skoczniejsza perkusja i, trzymajcie się – naprawdę rewelacyjne pianino! Pozostałe utwory to Fugazi jakie znacie (mam nadzieję) i kochacie (choć ja tam w sumie nigdy się nie przekonałem). Singiel zacny, dorzucony zresztą do Repeater, więc na bank każdy słyszał. Prawda? Prawda.
Nie chcę się bawić w recenzję tej płyty. Po wpisaniu “the king of limbs review” Google mówi, ze ma “Około 5,560,000 wyników”. A ja nigdy nie lubiłem tłumów. Tak między nami, bardziej od jej zawartości śledzę ogólny szok kulturowy jaki zachodzi. Uwielbiam jak z tych wszystkich wrażliwych i otwartych ludzi wychodzi zunifikowany gimnazjalista w swetrze Nie Słuchający Popu.
Uwielbiam, czyli jestem zawiedziony tym głównie dlatego, że lubiłem myśleć o Radiohead jako pewnego rodzaju dobrej sile w muzyce, która potrafiła typowo “rockowe serducho” przełożyć na język pesudo-bleepów i bloopów tak, że każdy słuchacz czuł się kosmopolitą, któremu SKAM i Warp nie są straszne. Zupełnie nie rozumiem dlaczego tak nie jest.
The King Of Limbs nie przychodzi z jakiegoś nowego miejca. To wszystko było gdzieś poupychane na b-side’ach i w sumie im dłużej obcuję z tym albumem tym bardziej jestem pod wrażeniem absolutnego porzucenia przez kwintet swojej najbardziej rozpoznawalnej strony. Swoich trademarkowych, siuśmajtkowych refrenów pełnych smutku tak przytłaczającego, że pogłębiającego depresję. Oni nie wyciągali tego smutku ze świata, oni go tworzyli. Poważnie. A na tym albumie tego nie ma, jest za to chłodny dystans, rytm, puls. Nie ma wpadających w ucho refrenów, emocjonalnych sloganów do cytowania na twitterze. Nic, w ogóle, zero. Może to jest problem. Ludzie najbardziej lubią się dzielić tajemniczymi zdaniami wyciągniętymi z tekstów piosenek. A tutaj mogą co najwyżej zastukać w biurko długopisem i zawyć do księżyca. To musi byc dla co po niektórych tragiczne. Nie ufajcie ludziom, którzy lubią tylko hooki.
Najbardziej absurdalnym zarzutem jest dla mnie brak gitar. No bo poważnie. 2011 rok! Radiohead nigdy nie byli zespołem stricte gitarowym, zawsze szli w stronę zespołów używających gitar na zasadzie generatorów odpowiednich tekstur niż skórzanych kurtek. Jasne, było trochę wymiatania, E i F#, solówek i power refrenów, ale na wysokości trzeciego albumu chłopaki stworzyli swoje laboratorium gdzie tworzyli dźwięki. Po prostu. Więcej używali klawiszy, czemu nikt nie płacze za nimi? Może być im przykro.
Druga sprawa to “brak zespołu”. Kurde, nie słuchałem The Eraser od LAT i w ogóle nie pamiętam jak leciał. Nieważne. Nie wiem czemu na tej płycie ma nie być zespołu. Colin już 14 lat temu miał kolorowe postitki na klawiszach basowego kiborda by odgrywać “Climbing Up The Walls”, czemu nie miałby mieć teraz na sekwenserach? Czemu te loopy nie miały by być wycinane z partii Phila? Czemu wszyscy zawsze myślą w tych idiotycznych rockowych kategoriach. Na płytach Smashing Pumpkins Billy Corgan gra wszystkio poza perkusją – czy to sprawia, że coś się nagle z nimi dzieje? Brzmią jak TheFutureEmbrace? Zwan? Może jak The Eraser?
Nie wiem czemu ktoś miałby być z powodu braku efektu 5 gości w sali prób zły TERAZ. Jasne, brzmi trochę jakby zespół nagrał swoje partie w weekend a potem Thom z “piątym Beatlesem” siedzieli 2 lata i je cięli. Ale nie do końca rozumiem, co świadczy o tym, że mógł robić to bez choćby Eda? Bo ma bicepsy? Litości.
Poza tym, Radiohead od DAWNA zdaje się pisać utwory na zasadzie pomysł Thoma > wspólne komponowanie > nagrywanie > układanie z tego wersji studyjnej. Naprawdę nie wiem skąd pomysł, że przy the King of Limbs było mniej zespołowej pracy nad kształtem ogólnym kompozycji niż na Amnesiac. Bo wyrózniony już drugi raz w jednym tekście o zespole, co moze byc jego personalnym rekordem, Ed w wywiadach płacze ciągle jak to demokracja nie zawsze zachodzi w zespole tak jak w definicji na Wikipedii? Ci najbardziej męscy zawsze okazują się na koniec mamisynkami.
Ogółem wszystko wygląda tak, że każdy kocha Radiohead za te same 20 piosenek i jest zawsze zaskoczony, że nie nagrali ich znowu tak samo na kolejny album. Do wyczerpującej sesji Kid A/Amnesiac zespół zdaje się głównie penetrować wątki z tamtego okresu swojej owocnej transformacji i nie wiem dlaczego fakt, ze na tym albumie zamiast w “Pyramid Song” poszli w “Fast Track” ma być taką wielką tragedią. Czy wszyscy fani zostali tutaj teleportowani z 1997 roku? Czy świat zawaliłby się, gdyby się okazało, że album wam się nie podoba, bo nie ma na nim aż tak dobrych piosenek? Czemu ktoś miałby to zwalać na brak czegoś fizycznego? Ho-ho, beriberi. Takiego wała!

Kevin jest z La Puente w Kaliforni. Ci dobrze nasłonecznieni zawsze tworzą ciekawą muzykę. Kevin jest z tych robiących naprawdę przepiękne ambientowe dźwiękobrazy. Na tyle, że postanowiłem go trochę pomaglować dla własnej uciechy i, być może, także innych. Bo jak by nie patrzeć, jest to jedna z ciekawszych rzeczy w organicznym ambiencie od czasów Basinskiego. Zresztą, robi nie tylko ambient, ale też gitarowy punk-pop i prowadzi jeden z najfajniejszych mini-labeli w danej chwili – Bridgetown. Śledząc rzeczy wydawane przez niego u siebie i w innych wytwórniach łatwo dojść do wniosku, że jest tam cała mikroscena niezwykle utalentowanych ludzi niczym dekady temu w Olympii czy Athens. Ancient Crux, Terrors, Jon Barba czy Vehicle Blues – sprawdźcie sobie wierzchołek. Wsiąknąć w świat Bridgetown to trochę jakby ożenić się z wielodzietną rozwódką i zostać prawnym rodzicem gromadki słodkich dzieci. Tylko, że to tańsze. I na dłuższą metę na pewno mniej kłopotliwe. W każdym razie.
[Ważne: Poniżej wersja angielska na prośbę samego przepytywanego. Mój angielski nigdy nie miał za zadania nikomu być pokazywany, więc z góry przepraszam ludzi władających tym językiem sprawniej niż ja. Co to uchybień w tłumaczeniu, pamiętajmy, licentia poetica, etc. Pisze, bo wiem, że jeżeli ktoś się przyczepi - będą to Polacy. Buzi]
[DEAR ENGLISH READING CROWD: THE ORIGINAL VERSION IS WAY BELOW]
* * *
Wydajesz się niechętny do rozmawiania o zespołach spoza gremium twoich znajomych i im podobnych. Uważasz wspominanie o mało znanych zespołach disco z lat 70. za denne czy po prostu nie koncentrujesz się tak bardzo na innej muzyce?
Lubię rzeczy każdego rodzaju. Słucham topowego popu/hip hopu/country/radia grającego adult contemporary w takiej samej ilości jak niezależnych/podziemnych rzeczy. Nawet częściej. Lubię mnóstwo rzeczy, ale uważam że masa artystów w erze blogowej dostała swój sukces na tacy, poprzez piosenkę na Myspace a nie przez urabianie się nakręcając koncerty, robiąc rzeczy samemu, jeżdżąc w trasy (które nie były ustawione przez menadżerów), etc. Nie lubię za bardzo takich zespołów ponieważ nie widzę w ich twórczości zbyt wiele treści. Ale nieważne, w dłuższym ujęciu, lubię to co lubię, będzie to Blink-182, typowy hit trance/rave, rocka z lat 90, czy totalnie smutną kasetę z harsh noisem. Nie obchodzi mnie skupianie się na jednym gatunku i bycie jakimś samozwańczym “ekspertem” aka muzycznym nerdem. Chcę mieć radochę, co staje się coraz bardziej trudne kiedy staję się bardziej i bardziej znużony i niezainteresowany słuchaniem nowych rzeczy. Prawda jest taka, że jestem raczej ukierunkowany i większości rzeczy które nie są nawet złe nie posłucham bo wolę swoje od dawna znane rzeczy. Ale prosto sprawę ujmując, ci kolesie to moi znajomi. Gadał bym o nich nawet gdyby nie tworzyli muzyki i nie zadawalibyśmy się razem.
Jak nagrywasz? Masz wszystko uproszczone żeby nagrywać cokolwiek siedzi w twojej głowie używając kilku ścieżek czy jest to żmudny proces warstw i post-produkcji? Oraz, nagrywasz cyfrowo czy na taśmę? Każdy muzyk z USA którego zagaduję zdaje się posiadać Yamaha MT8X, a ty?
Chciałbym by to wszystko było uproszczone, gdzie mógłbym usiąść i nagrać kiedy chcę, być zadowolonym i mieć to z głowy, ale tak nie jest. Dla mnie, nagrywanie to bardzo czasochłonny proces opierający się na pisaniu, aranżowaniu i planowaniu. Samo nagrywanie jest bardzo stresujące ponieważ jestem bardzo wybredny i łatwo rezygnuję z rzeczy, które nie wychodzą tak jak bym chciał, zazwyczaj kilka dni po fakcie, więc zaczynam od początku. Wygląda na to, że nagrywanie czegokolwiek na zasadzie strumienia świadomości i wydawanie tego jest całkiem akceptowane w przypadku ograniczonych nakładów kaset i CD-rów, ale dla mnie to bezsensowne i nieimponujące. Wolę mieć piosenki, których konstrukcję będę mógł zmieniać, odtworzyć je na żywo. Nie jestem zbyt zainteresowany post-produkcją ponieważ ważne jest dla mnie abym mógł zagrać swoje piosenki na żywo, więc wolę nagrywać rzeczy mające w sobie coś z dziania się “tu i teraz”.
Nagrywam na połączeniu cyfrowych magnetofonów terenowych, kasetowych i mikrokasetowych, miksując je nie tylko na komputerze, ale też na klasycznym mikserze używając wzmacniacza lampowego dla elementów wymagających nasycenia i by to wszystko ze sobą połączyć. Uważam, że nagrywanie czysto cyfrowe brzmi bardzo sterylnie, a czysto analogowemu brakuje wyrazistości i dynamiki kiedy masz tylko podstawowy sprzęt. Lubię cechy obydwu, więc łączę je ze sobą. Nie mam za to Yamahy MY8X, ani nie znam nikogo kto ma.
Produkujesz innych? Twoje rzeczy brzmią wspaniale!
Dzięki, jestem zadowolony z brzmienia moich ostatnich wydawnictw choć wolałbym, by były trochę czyściej brzmiące. Produkowałem i grałem na pierwszych 3 albumach Nicole Kidman [właściwie Jon Barba - przyp.]. Nie lubię nagrywać ogółem, co dopiero innych. Wszystko musi być po mojemu, więc przynajmniej kiedy nagrywam siebie i nie jestem zadowolony, nie ma nikogo kto byłby zawiedziony czy nie zgadzał się gdy chcę z czegoś zrezygnować.
Jest jakiś klucz według którego wybierasz sposób wydania swoich rzeczy?
Różne z moich wydawnictw wyszły na dużej ilości formatów. Powiedziałbym, że ponad pół tuzina wyszło na kasetach, CD i CD-rach: Bracing, Corridor [udostępnione ostatnio za darmo - przyp.], Blue Crush, Golden Road, split z Cloud Nothings, 4 kasety skompilowane na In Serial. Nie chcę nikomu odmówić możliwości usłyszenia czegoś co chcą tylko ze względu na format. Niektórzy nie kupią CD/CD-r z wielu powodów. Trochę szkoda, bo pomimo że kasety to mój ulubiony nośnik, nie brzmią dokładnie i czysto dla dużej ilości rzeczy. Nie lubię winyli z wielu powodów, ale i tak nie stać mnie na ich wydawanie.
Występujesz na żywo dosyć często, nawet jeżeli tylko w pewnych częściach Stanów – jak?
Występy na żywo i możliwość konsekwentnego grania tras i odtwarzania piosenek są dla mnie bardzo ważne. Kiedy występuję, gram głównie rzeczy z różnych albumów z ambientem/kolażami jakie zrobiłem. Jest kilka utworów które gram tak jak pojawiły się na albumach, i są takie które przearanżowuję i łączę z innymi piosenkami i fragmentami piosenek, tworząc nową narrację. Można zobaczyć sporo z tego co grałem na żywo w tej serii klipów z moich występów w KXLU 88.9 FM Los Angeles. Kiedy występuję na żywo używam gitary, kilku efektów, nagrań terenowych, kaset i mikrokaset.
Mimo że moje pop punkowe kawałki zostały napisane w taki sposób że mogą być uproszczone i zagrane na jednej lub dwóch gitarach, bardzo rzadko grywam je na żywo ponieważ nie polubiłem grania z półplaybackiem który kiepsko słychać na żywo. Na ostatniej trasie grałem na gitarze z Nicole Kidman, co było podobne ale łatwiejsze, bo nie ma tam aż tylu warstw. Pracuję nad większą ilością pop-punkowych piosenek i mam nadzieję że Travis z Ancient Crux będzie grał na perkusji, a Bret z Trudgers zagra na drugiej gitarze na przyszłej trasie, może w to lato.
O twoim ‘ambientowym podejściu do nakładek gitar w pop-punku’ [cytat ze strony Kevina]. Cofasz się do swego rodzaju korzeni czy próbujesz nowych rzeczy?
Lubię też prostą muzykę i nie chcę się ograniczać do jednej rzeczy. Pop-punk naprawdę mnie spełnia i pozwala mi się z nim utożsamiać. Czasami gram power-chordy dla zabawy, ale kiedy nagrywałem piosenki na split z Cloud Nothings, nie byłem zadowolony z podstawowych nagrań. Pomyślałem, ze było by ciekawe żeby dodać 6 lub 7 partii gitar i sprawić by były teksturami poszerzającymi melodie bez bycia wyraźnymi lub czystymi. W rezultacie powstały bezpośrednio brzmiące piosenki z dużą ilością ukrytych dźwięków pod spodem.
Bałeś się wydać po prostu piosenki, jak najeżone nakładkami by nie były, z tekstami i śpiewaniem? Osoby grające instrumentalną muzykę zazwyczaj chowają się za swoimi rzeczami w przeciwieństwie do bardziej konwencjonalnych i bezpośrednich songwriterów – bałeś się, że ludzie mogą na to źle zareagować, nie polubić tego?
Nie myślałem o tym wcale kiedy robiłem te piosenki. Było po prostu fajnym pomysłem pracować nad muzyką która na pierwszy rzut oka w ogóle do mnie nie pasuje. Zacząłem je pisać ponad rok temu i nie myślałem, że zbyt wiele osób je usłyszy. Myślę, że żadne z moich muzycznych alter-ego nie jest próbą ukrycia czegokolwiek, raczej dwie różne wersje tej samej osoby, pokazujące różne elementy ze swojej perspektywy.
Banie się o to, ze ludzie mogą nie polubić twojej muzyki to tylko przeszkoda która powstrzymuje artystów przed przekazania tego co naprawdę chcą przekazać swoją sztuką. Gdyby nikt nie lubił moich pop punkowych kawałków nie znaczy to, że nie miałbym frajdy grając je czy nie uśmiechał się jak radosny idiota kiedy nagrywałem bębny z Travisem [Von Sydowem] i słuchając pierwszych miksów. Nie ma znaczenia czy ktoś utożsamia się z depresyjnymi, rozpaczliwymi aspektami moich ambientowym i kolażowych utworów ponieważ są to dla mnie osobiste wydawnictwa. Świadomość tego że są ludzie którzy rozumieją co robię i przychodzą zapoznać się na trasie lub piszą emaile jeżeli są z innego kraju jest zachęceniem by dalej głosić to co chcę przekazać. To, że są ludzie myślący tak jak ja dodaje mi otuchy… ale nie przestałbym gdyby ich nie było.
Masz dużo konkretnych, spójnych wydawnictw. Pracujesz na pojedynczych piosenkach i łączysz je ze sobą czy raczej masz już w głowie album/ep kiedy piszesz/nagrywasz?
Pracuję nad wszystkim z wizją całość. Robienie dowolnych utwór i wrzucanie do jednego worka by coś wydać nie ma dla mnie takiej samej wartości. Rzadko pracuję nad wieloma albumami jednocześnie ponieważ wizje i moje podejście mogą przez to ucierpieć. Każdy album który zrobiłem ma konkretne historie i przesłanie, dlatego piosenki muszą być ze sobą powiązane i pochodzić z jednego nastawienia. Mimo, że próbuję konkretne rzeczy na temat moich wydawnictw utrzymać w niejasności w nadziei, że ludzie dojdą do swoich własnych wniosków i osobistych powiązań, nie będę ich ukrywał jeżeli ktoś się ze mną skontaktuje i będzie bardzo chciał się w nie zagłębić.
Załóżmy, że Steely Dan proponuje ci wydanie ekskluzywnej kasety z ich nowym materiałem w Bridgetown, co byś zrobił? Jesteś otwarty na wszystkie propozycje czy bardziej zainteresowany wydawaniem nieznanych zespołów?
Widziałem już wcześniej te nazwę ale nie słyszałem Steely Dan aż nie sprawdziłem ich teraz na YouTube i nie jest to coś w moim stylu. Najważniejsze dla mnie jest żebym lubił tę muzykę i złapał z nią jakąś relacje, czy znalazłem ją sam czy sami przyszli.
Ale szczerze mówiąc, nie lubię kiedy nieznajomi wysyłają mi mejle i próbują coś u mnie wydać jakbym był jakimś biznesem. Nigdy niczego nie wydałem w oparciu o to co inni o tym myślą, albo bo jakiś zespół którego nie znam miał jakąś fajną piosenkę. Mówiłem już w innych wywiadach, że mój label jest niesamowicie osobisty i taka jest prawda. Znam prawie wszystkich artystów [wydawanych w Bridgetown] osobiście, nawet tych z innych stanów. Zawsze jest jakiś rodzaj połączenia będącego podstawą wszystkiego co wydaję: słyszałem ich demo, mamy wspólnych znajomych, graliśmy razem koncert, wymienialiśmy się albumami, polubili jakieś wydawnictwo i zaczęliśmy rozmawiać, etc.
Nie jestem przeciwny wydawaniu czegoś dla kogoś znanego (choć to może wiele znaczyć), kogo lepiej poznam, ale w większości przypadków moi znajomi są nieznani, i mało kto słyszał ich muzykę. Nie jestem właściwą osoba dla zespołu, który chce by masa ludzi ich usłyszała i by zrobili się popularni czy coś tym stylu. Ale dla innych, to właściwe miejsce by zostać usłyszanym i docenionym przez ludzi spoza ich znajomych.
* * *
ENGLISH VERSION
You seem pretty relucant to talk about bands outside your friends circle or other contemporaries. Do you find the namedroppings of obscure disco bands from the 70s dull or are you just not really that focused on other music?
The thing is that I like stuff from all styles. I listen to top pop/hip hop/country/adult contemporary FM radio as much as I listen to underground/independent stuff. Definitely more most days. I like lots of stuff, but I think a lot of artists in this new blog age got their success handed to them by having a song on myspace and not from busting their asses booking shows for touring acts, doing stuff themselves, going on tours (that weren’t put together by booking agents), etc. I don’t really like a lot of those bands because I can’t find a lot of substance in most of their work. But whatever, in the long run, I just like what I like, whether it’s Blink-182, some really typical trance/rave hit, 90s rock, or a totally depressing harsh noise tape. I don’t care at all about focusing on one genre and being some self-proclaimed “expert” aka music nerd. I just want to have fun with it, which is becoming increasingly hard the more I get jaded and disinterested in hearing new things. Truth is I’m pretty set in my ways and most stuff that actually isn’t even that bad, I won’t listen to because I’d rather stick with my longtime standbys. But simply put, these guys are my friends. I’d talk about them if they didn’t make music and we didn’t hang out.
How do you record? Do you have it all dumbed down so you can justrecord whatever is in your head using a few tracks or is it a slow process of layers and layers and post-production? Also, is it all digital or are you actually recording on tape? Every artist from the US I approach seems to own a Yamaha MT8X, do you?
I wish it was a dumbed-down situation where I could just sit and record any random time, be happy and be done with it, but that’s hardly the case. For me, recording is a very time-consuming process that depends on writing, arranging and planning. The actual act of recording is often stressful for me because I’m very picky and quick to scrap anything that doesn’t work just the way I want it, often days afterwards, so I start over from scratch frequently. It seems like sitting down and recording whatever comes out of a stream of consciousness and then releasing it is pretty well accepted for limited run tape and CDr releases but it’s pointless and soulless to me. I prefer to have songs that can be re-structured, reproduced in the live setting. I’m not so into post-production because it’s important to be able to perform live, so I prefer recording songs that have that sense of “now” and “in the moment.”
I record on a combination of digital field recorders, cassette tape and microcassette tape, mixing them not just digitally on a computer, but also on a standard mixer and using tube amplification for elements that need saturation and to blend things together. I think that recording purely digital is very sterile sounding, and purely analog lacks clarity and dynamic range when all you have is entry-level equipment. I like characteristics of both, so I prefer to combine the two. I don’t have a Yamaha MT8X or know anyone who does though.
Do you produce others? You have such a great sound on your releases!
Thanks, I’m happy with the sound on most of my more recent things though I wish they could have been cleaner. I produced and play on the first 3 Nicole Kidman albums. I don’t really like recording at all, let alone other people. Everything has to be my way, so at least if I’m recording my own stuff and unhappy with it, there’s no one else in the equation to disappoint or disagree with when I want to scrap something.
Do you have a key for choosing the medium of your release?
Several of my releases were on multiple formats. I’d say over a half dozen were on cassette and CD or CDr: Bracing, Corridor, Blue Crush, Golden Road, split with Cloud Nothings, the 4 tapes that were collected on In Serial. I don’t want to alienate anyone from not being able to hear something they might want to just based on the format it’s on. Some people will not get CDs/CDrs for a number of reasons, which is a shame because while cassettes are my favorite format, they aren’t as accurate sounding and don’t have the same clarity or dynamic range for a lot of stuff. I don’t like vinyl for a number of reasons and can’t afford to release it on my label anyways.
You perform live quite often, even if rather around certain parts of the US – how do you make it work?
Live performance and being able to tour consistently and recreate one’s songs is very important to me. When I tour, I mostly play pieces from various ambient/collage albums I’ve done. There are a few songs that I prefer to play very closely to how they appear on the albums, and there are some that are rearranged in conjunction with various other songs and sections from them, constructing a new narrative. You can see much of what I have done live in this series of videos from my performance on KXLU 88.9 FM Los Angeles: (http://www.youtube.com/watch?v=wC52nuqosKQ). I perform using a guitar, a couple of pedals, field recordings, cassette tapes and microcassette tapes.
Though my pop punk songs were written in ways that can be stripped down performed live with only one or two guitars, I very rarely play them live because I didn’t like playing with backing tracks and had trouble hearing them at shows. On my last tour, I also played guitar with Nicole Kidman, which was similar but easier since there aren’t so many layers. I’m working on more pop punk songs and hopefully having Travis from Ancient Crux be my live drummer and Brent from Trudgers play second guitar for a future tour, maybe this Summer.
About your ambient collage approach to the layers of guitar in ‘pop/punk’. Are you going back to some sort of roots or trying out new things?
I like simple music too, and don’t want to limit myself to any one thing. Pop punk is really fulfilling and relatable to me. Sometimes I just want to play power chords for fun, but when I was recording the songs for my split with Cloud Nothings, I wasn’t happy with having basic recordings. I thought it would be interesting to do 6 or 7 guitar parts and work on many of them being textures that enhanced the overall melody without being distinct or pristine. The result were straightforward sounding songs with lots of hidden notes bubbling underneath.
Were you afraid to release straight up songs, as layered as they are, with lyrics and singing? Instrumental artists tend to hide behind their work as opposed to more straightforward and conventional songwriters – were you afraid that people may react in a wrong way, not liking it at all?
I wasn’t thinking about any of that stuff when I did those songs. It was just a fun idea to work on some music that seems like an unlikely match at first glance. I started writing those songs well over a year ago and didn’t think that many people were going to hear them. I feel like neither of my musical alter-egos are a facade to hide anything, but instead are two different views of the same person, exposing different elements from each perspective.
Worrying about people not liking your music is just an obstacle that’ll prevent artists from saying what they really want to say with their art. If no one liked my pop punk songs, that doesn’t mean I wouldn’t have fun playing them at home or grinning like a gleeful idiot when I was recording drums with Travis [von Sydov] and hearing the first mixes. It doesn’t matter if no one else relates to the depressing, hopeless aspects of my ambient and collage pieces because it’s a personal release for me. Knowing that there are people who do connect with what I do and come meet me on tour or write me an email if they’re from another country is just encouragement to keep saying the things I need to say, it’s comforting to know there are other like-minded people all over… but I wouldn’t stop without them.
You have lots and lots of distinctive, cohesive releases. Do you work more on single songs and group them together or rather have a whole ep/album in mind when writing/recording your songs?
I work on everything with the vision of its completed whole. Doing random songs and just sticking them together to churn out releases doesn’t have the same meaning to me. I rarely work on multiple albums at the same time because the visions and my approach will suffer out of conflict. Every album I’ve done has distinct stories and messages, which is why the songs
have to be related and coming from the same mindset. Though I try to keep those specific aspects fairly ambiguous on the final release in hopes that people will draw their own conclusions and personal connections, I’m not going to hide them from someone who gets in touch and really wants to pick my brain.
Let’s say Steely Dan hits you up with an offer to release an exclusive tape with their new songs on Bridgetown, what would you do? Are you open to anything or are you more into getting unknown bands out there?
I’ve seen the name around before but never heard Steely Dan until looking up a song on Youtube right now and it’s not my thing. The most important thing is that I like the music and relate to it, whether I found it on my own or it came to me.
But to be honest, I don’t like when strangers email me pitching a release like I’m some kind of business. I’ve never put something out based on what other people thought about it or because some band I never heard of had some cool song. I’ve said in other interviews that this label is extremely personal and that’s the simple truth. I know almost all of the artists in
person, including many of those in other states. There’s always some sort of connection underlying the foundation of a release I’ve put out: I heard their demo tape, we had mutual friends, booked a show together on tour, traded albums, they picked up some releases they liked and we started talking, etc.
I’m not opposed to putting something out for someone that is well known (though that term can mean a lot of things) that I get to know as a friend but for the most part, a lot of my pals are unknown, and few people have heard their music. I’m not the right label for a band who wants tons of people to hear their music and to get big or anything like that. But for others, it’s a good fit to be heard by a few people who will appreciate what they’re doing outside of their previous circle of friends.
Starczy.
10. Polmo Polpo: Kiss Me Again and Again EP
[Intr_version; 2005]
Wielką krzywdę zrobił sobie Perri zgadzając się na wspominanie o Arthure Russellu w kontekście tej płyty, sprawiając, że to trochę funkcjonuje w głowach ludzi jako house’owy remix czy coś. A nie wiem, czy można być dalej od prawdy, gdyż jest to pełnoprawny utwór, który ledwo pożycza skrawki melodii i raptem kłania się w stronę instrumentarium. Trzeba było nazwać ‘Again and Again” i udawać greka. Razem z Gatto Fritto, Soft Rocks czy, przede wszystkim, Lindstromem i Prinsem Thomasem ten epicki utwór był najjaśniejszym przedstawicielem neo-kosmische – najpiękniejszego revivalu, który nigdy się nie wkręcił w szerszą świadomość ludzką. Esencjonalny soundtrack do nocnych podróży autobusami, pod wpływem czy nie.
9. William Basinski: The Garden of Brokenness
[2062; 2005]
Nie chodzi o to, że chcę się wyróżniać, tylko naprawdę ta kompozycja zawsze podobała mi się najbardziej. Oparta na tak rzadkim dla Basinskiego elemencie rozbudowy z, a co tam, dynamiką i swoim tempem. Piękny, piękny album. Wiele zim przy nim spędziłem, wiele książek przeczytałem. A od najsłynniejszego dzieła wolę znacznie bardziej ulotne i delikatne Vivian & Ondine. No sorewicz BROs, ale tak to już jest. Jak kogoś zniechęciło kolosalne dzieło, to radziłbym poszukać tutaj, w Garden. Inna historia.
8. Radiohead: Kid A
[Parlophone; 2000]
Szczerze? Nie sądzę by ta płyta znalazła się w moim podsumowaniu za 10 lat, ale należy oddać jej to, co na siebie zarobiła. Bo wychowała całe pokolenia siuśmajtkowych muzyków i snobów, co wygląda jak pojazd, ale wyobrażacie sobie świat bez tego? No właśnie. Choćby za otworzenie kilku głów należy się jakiś tam hołd, i to jest mój. Jak płyta broni się po tych wszystkich latach? Nie wiem, nie sprawdzałem. Sami pewnie wiecie najlepiej.
7. Modest Mouse: The Moon & Antarctica
[Epic; 2000]
Prawdziwy gitarowy epik. Konceptualny. Tekstowo nieskazitelny. Muzycznie żegnający 90s z typowo 90sowy wyobrażeniem muzyki 00s (dużo+głośno). To co pisze jest pewnie przesadnie cierpkie, ale też uważam ten album za trochę cierpki. Postarzały. Broniący się merytoryką i nostalgią bardziej niż empirią. Wszyscy tam byliśmy, łapaliśmy bakcyla, czytaliśmy skrawki felietonotwora Borysa Dejnarowicza, chcieliśmy czuć i tego nikt nam nie zabierze. Na ile jest to masowe urojenie, na ile faktycznie aż tak ważny kawałek muzyki – nie wiem. Jest to prawdopodobnie jeden z pierwszych dinozaurów, pierwszych Genesis i Yes pokoleń post-analogowych i kiedyś my będziemy dla przyszłych post-post pokoleń Kaczkowskimi, którzy nie rozumieją. I będziemy wzruszać zmęczonymi ramionami nad takim stanem rzeczy. Bo te teksy, te piosenki. Wszystko inne – nieistotne.
6. The Microphones: The Glow Pt. 2
[K Records; 2001]
Najbardziej zadąsany z dąsających się singer-songwriterów (prywatnie dziwak i, podobno, fan białego proszku) staje nam tutaj w obronie tezy jakoby pretensjonalność nie zawsze miała wydźwięk pejoratywy i, jak widać, wychodzi obronną ręką. Ten album jest KOLOSALNY. Jest DRAMATYCZNY. Jest wszystkim czy chciałoby być Muse, gdyby podeszli do sprawy jako, za przeproszeniem, artyści a nie fani, nie wiem, Blind Guardian. W każdym razie – to nie jest coś o czym się pisze łatwo, lekko czy nawet przyjemnie, bo ciężko odnieść cokolwiek do tak dziwacznej płyty. Ktoś rzuci hasło lo-fi, a to jeden z najbardziej pieczołowicie zaaranżowanych i nagranych albumów na świecie. Ktoś powie folk, a tam jest więcej avant-baroque-popu. Wbrew logice. Nie wygrasz z The Glow Pt. 2. Nigdy. Pozostaje tylko słuchać. I to wszystko od kolesia, który ma na koncie piosenki o tytułach takich jak “I’m Like You, Tree” czy “Get Off The Internet”. What is this, I don’t even…
5. Junior Senior: Hey Hey My My Yo Yo
[Crunchy Frog; 2005]
Kurde, gdyby nie antycypujące Make Out i w ogóle nie pasujące “No No No’s” tudzież ostatni kawałek, który chyba dosyć dosadnie jest wypełniaczem – to byłby mój album dekady. Wszystkie błędy debiutu – denne teksty czy lekkie niezdecydowanie stylistyczne – tutaj znikają. Już nie ‘trochę tanecznie, ale też trochę Kinks’. Nie, nie. Ten album to coś w rodzaju bossowskiego luzu Beastie Boys do kwadratu, i to tanecznie. Coś w rodzaju meta-metafory zmian zachodzących w publiczności, która przeszła podobną drogę od szukania substancji w zaangażowaniu, do tak samo ważnej i istotnej wartości w czymś tak idiotycznym jak taniec, hulanki, picie kakao. I ta produkcja, gdyby ktoś w ogóle raczył zwrócić uwagę. Surfer Rosa vs Colossal Youth neo-dyskoteki. Posłuchajcie tego surowego, ale efektywnego minimalizmu. Tej IDEALNOŚCI dobrania barw i palet. Bez przepychu. 100% konkret. Same melodie. Sam fun. The Clash i wąsy w jednej linijce. Bez profanacji.
4. Unwound: Leaves Turn Inside You
[Kill Rock Stars; 2001]

3. Ścianka: Dni wiatru
[Sissy Records; 2001]
Dla jednych szokiem był pierwszy akord C-dur, zagrany an gitarze elektrycznej przepuszczonej przez overdrive, i to o nim myślą z wielką nostalgią – dla mnie czymś takim jest szum z początku Dni Wiatru. Nie było drugiego albumu, który by mnie tak rozbroił. Sonic Youth to po prostu dziwne gitarzenie, chcąc nie chcąc – tutaj nie było prawie nic co mógłbym rozpoznać. Jak się generuje dźwięki w “19 XI”? Kim jest Piotrek? Czy wiatr to instrument? Skąd w połowie takiego dziwacznego, trudnego albumu wyskakuje nagle jedna z najpiekniejszych kołysanek na świecie? Miałem tylko 15 lat i nic nie rozumiałem. Do dzisiaj to wszystko rozbraja swoją odwagą, wolnością, byciem 100% Ścianką – nawet, jeżeli tradycja takiego grania gdzieś tam w świecie jest. Bo nawet jeśli, to przepuszczenie przez, teraz się trzymajcie – POLSKĄ WRAŻLIWOŚĆ – niczym Komeda jazz czy Skaldzi ówczesny im pop, stworzyło coś zupełnie innego, naszego, napawającego dumą. Tego się nie da między obiadem i kolacją, na urlopie z pracy w biurze, umówmy się.
2. Ariel Pink’s Haunted Graffiti: The Doldrums
[Paw Tracks; 2004]
Przeczytałem zbyt wiele wywiadów o tym albumie. Nie potrafię nim myśleć inaczej niż przez pryzmat rozwiązań, akordów, słów. Jeden znajbardziej finezyjnie zrobionych, jakie znam. Znacznie bardziej świadomy, niż myślę, że wykło się przyjmować. Jeżeli postał w tej dekadzie album bardziej ustanawiający ‘nowy porządek’, chcę kopię. Ariel praktycznie wymyślił pop na nowo. Zero barier, relatywizacja pojęcia ‘umiejętność grania’, eklektyzm, aranż > sprzęt, ∞-fi, sam > z kolegami. Nagrywasz płyty tak długo, aż ktoś je zauważy, zamiast zacząć od zbudowania sobie nazwiska ‘koncertami’. Wszystko odwrotnie, wszystko inaczej, wszystko bez związku z estetyką punkowców, outsiderów czy tak popularnej w 90s lo-fi indie. Coś innego. I na tej płycie to wszystko jest podane z wręcz monumentalną spójnością. Tego albumu słucha się jak suity.Jeszcze dużo Johnów K. czy Autre Ne Veutów ogrzeje się przy The Doldrums zanim coś znowu rozsadzi kwestie od środka.
1. Out Hud: S.T.R.E.E.T. D.A.D.
[Kranky; 2002]
O wyjątkowości Street Dad niech świadczy, że choć jest to jedna z wielu wielu płyt nazwanych ‘jedyną w swoim rodzaju’ w tym podsumowaniu, to nikomu nie udało się nigdy nawet musnąć geniuszu Out Hud z tej płyty. Jakby kod na którym go oparto był nie do końca zrozumiały. Nawet dla samych muzyków patrząc na to, co wydawali po debiucie (jako !!! też, wyłączając słynne Giuliani), była to czarna magia. O sprzyjających wiatrach, dla przyszłych pokoleń to może to, czym Neu! było dla pokolenia internetowego – mitycznym, zaginionym (kłamstwo!) albumem-rewolucją, który był zbyt bardzo futuro by go wtedy słusznie zrozumieć. Mieszanka tak wielu nieoczywistych wpływów, które jednak nigdy nie przecinają się. Bas nigdy nie jest do końca dubowy, gitary post-punkowe, perkusja disco. Do tego ta wszechobecna, choć dyskretna manipulacja studyjna wszytkich elementów. Prawdopodobnie do tego dążył Arthur Russel, przynajmniej duchowo, obsesyjnie pracując w NY nad godzinami niewydanych kawałków Dinosaur L i Loose Joints. Myślę, że byłby dumny.
Historia płyty Pinkerton do najszczęśliwszych nie należy, ale kończy się happy endem. Wątpliwym, ale kończy.
Zaraz po sukcesie Debiutu, Rivers poznał uzdrawiającą moc alkoholu i groupies, więc jak każdy egzystencjalny, lubiący się egzaltować wyrośnięty nastolatek (nie jest to przytyk, to na tym polega w sumie genialność Niebieskiego, tym i talencie) – zaczął słuchać Pucciniego i poszedł studiować na Harvardzie. Zanim to zrobił, postanowił nagrać taki sofomor, że wszyscy się ‘obsrają na miętowo’. I tak oto powstało Songs From The Black Hole. Nigdy nie skończona, syntezatorowa w najnewwave’owszym stylu rock opera. Rozpisana na głosy (w tym Joan Wasser i Petra Hagen), składająca się z masy fragmentów płynącym w formie gigantycznej suity. Po dokonaniu wstępnych nagrań, pracujący równolegle nad debiutu swojej formacji The Rentals basista Matt Sharp podkrada brzmienie (moogi) i teksty (kosmos), a Rivers uznaje, że w takim razie to OK. To nie będzie i wraca pisać.
Po mroźnej zimie na studiach, Ricer Como wraca z nowym setem piosenek. Po operze nie ma śladu, za to uwydatnia się jeszcze bardziej wpływ Pucciniego i jego Madama Butterfly. Do tekstów dostają się ważne elementy z tej opery (CioCioSan, “When do the robins make their nests in America?”), a całość zostaje nazwana po głównym bohaterze – Pinkerton. Testy też, odchodzą od kosmosu, koncentrując się na tym na czym koncentruje się 90% społeczeństwa – związkach. I jak na tak utarty schemat, po kosmicznie nadętym koncepcie początkowym, może ‘prochu nie wymyślając’, ale ładnie rozterki sercowe ujmując Rivers wybrnął. Płyta jest chaotyczna, głośna, surowa i mocna. Ma w sobie wiele z przepięknej młodzieńczej desperacji i rozterek. Jednak wtedy tego nie zauważono. Album zaliczył gigantyczny flop, frontmanowi odwaliło na 3 lata, Sharp odszedł. Wrócili w 2001 jako zupełnie inny zespół i tym zajmować się nie będziemy. Było tak źle, że trzeci singiel z albumu – “Pink Triangle” – ostatecznie zlikwidowano z braku zainteresowania, drugie strony zamknięto pod kluczem, a fanom dano niebieskie jaja. I teraz to wszystko ma się zmienić.
Ogółem, będę szczery – jest to strasznie, straaaasznie luźna i leniwa edycja. Utworów nieznanych wcześniej można tu znaleźć, i nie nabijam się, ze 2. Licząc alternatywne wersje – z 8 (naciągam). I nie chodzi tu o to, ze strony singli, że niektóre demówki krążyły. Ale zamieniono na przykład ciekawe alternatywne wersje niektórych piosenek znane z drugiego obieku na, uwaga, po 3 wersje live “Pink Triangle” i “El Scortcho”. No dziękować, ręce do Boga składać. Nie wiem jak te 23 lata wytrzymałem bez niesłuchalnych akustycznych wersji tych utworów. Teraz mam po dwie sztuki! I po jedną elektryczną! Kurde, szaleństwo! Kto moją nerkę, bo kupuję edycję krążka za 60$!
Ale żenujące żarty na bok. Skupmy się na tym, co jest. Bo czego nie ma, to ponoć nie dało się uratować. Wprawdzie nagrane praktycznie od nowa “Tragic Girl” pokazuje, że z fragmentu próby da się zbudować “nowy” kawałek. Ale OK. No więc na płycie jest najlepszy chyba utwór Weezera, jeszcze z czasów Niebieskiego (och, gorzka prozo życia!) – “Getting Up And Leaving”. Melodia jak z Sèvres, perkusja oszalała, gitary głośne. Wszystko na miejscu. Ale ta melodia! Posłuchajcie! Poza tym, już trochę mniej ekscytacji. Alternatywna wersja “Tired of Sex” jest tak bardzo nieróżniąca się, że bez sensu. Lepiej w “Getchoo”. Zamiast brudnych, gitarowych leadów – syntezator. I bardziej folgujący bas. Wprawdzie przy syntezatorowym solo można się pośmiać, bo brzmi jak 7-latek testujący kosmiczny preset przy użyciu dwóch dźwięków – ale jako całość wypada super. “I Swear it’s True” już trochę przyciężko i ospale. Wersja z próby na Blue Deluxe była znacznie bardziej przekonująca, a nie mówimy tutaj przecież o muzyce zmieniającej świadomość samymi melodiami. Poza tym jest wersja full band “Longtime Sunshine”. zniknęło wszystko co wyróżniało ją od innych pianinowych ballad (klarnet brzmiący jak grzebień, charakterystyczna perkusja), za to kończy się wszystkimi piosenkami śpiewanymi jednocześnie, co brzmi jak gigantyczny, trochę męczący bałagan. Ogółem, klimat nowej wersji jest deczko trip-hopowy. Wierzcie lub nie. Jeszcze alt “Butterfly” (ładny), pełna wersja pianinowego intra do “Across The Sea” (bez sensu, bo po prostu wybrzmiewa, ale też ładne) i wspomniane “Tragic Girl”. Sentymentalny kawałek, który w okolicach 4 minuty rozpada się i przez około dwie brzmi jakby chcieli wrzucić do worka wszystkie pomysły jakie ich naszły. Szału nie ma.
Jednak warto. Nostalgia jest rzeczą ludzką. A “Getting Up And Leaving” sprawia, że nawet się cieszę, że to wyszło. A wyszło dzięki fanom, którzy tak długo kupowali ten album, aż świat przestał udawać, że coś było z nim nie tak. Bo nie było. Jasne, to płyta trochę za chaotyczna, za głośna, za surowa i nie dostatecznie mocna, ale wciąż słucha się naprawdę dobrze. Jednak nie da się nagrać Clouds Taste Metallic bez napisania czegoś tak impresywnie zaaranżowanego jak “Bad Days”, nawet zatrudniając tego samego producenta. Ale nie o błędach. Niesłusznie lekceważona, a momentami w szranki z klasykiem mogłaby stawać. Nie wiem, czy jestem w stanie to komukolwiek polecić, ale jakbyście mieli okazję ukraść i rzucić uchem – nie umrzecie. Może właśnie rzuciła was dziewczyna i to jest właśnie TO?
[Geffen; 2010]
Julian Cope wypłynął na początku lat 80-tych na fali śmiertelnie poważnej post-punkowej neo-psychodelii epigonów Joy Division, jako basisto-wokalista w zespole Teardrop Explodes obok zespołów takich jak Echo & The Bunnymen. Po semi-sukcesie (dzisiaj raczej zapomniani) rozpadli się, a Julian poszedł w karierę solową. Pierwszą indykacją talentu zawadiackiego Brytyjczyka był jego drugi album solowy – Fried (1984). Jak to mawia młodzież – totalny odjazd. Na okładce Julian bawi się skupiony samochodzikiem na jakimś skalistym zboczu. Ponoć żart z plotek, że zachorował psychicznie. Co do muzyki – rozmyte The Fall na niezobowiązujących strukturach. Cieszy uszy, choć produkcja raczej nie pozwoli jednym tchem z Hex Enduxton Hour wymienić (tutaj powodem może być też to, że moje skojarzenie jest luźniejsze niż guma w jakichś, nie przymierzając, starych gaciach). Potem trochę buńczuczności i szukania. Walczymy z wytwórnią, wydajemy im na złość dwa albumy tylko w Teksasie („that’s surreal” – Penn Badgley), nagrane na 4-ścieżkowcach w czyjejś sypialni. Odnajdujemy się na wysokości roku 1991, z plytą Peggy Suicide. Coś jakby preludium do apokalipsy nadchodzącego albumu.
No więc Jehovahkill. Dotarliśmy. W 1992 roku Julian miał dosyć swojej wytwórni i chciał sobie pograć. Odpalił wszystkie inspiracje młodzieńcze i pojechał. Glam, proto-punk, hard rock, krautrock – jest tutaj wszystko, a jakże. Koncept-album antyreligijny spruszony gdzieniegdzie cekinami. Zawartość lata po całym świecie Juliana Cope’a.
Podzielony na 3 fazy swoją kulminacje znajduje w fazie drugiej. Żadna z nich nie wydaje mi się jakoś szokująco podzielona stylistycznie (może delikatnie – 1 bardziej pop, 2 bardziej psych, 3 bardziej trans – ale naciągam). To na niej jest opus-magnum (lub opus-MANGUM – haha, czemu nikt nie wpadł na ten genialny indie-żart?) kariery pana – “Poet is Priest”. Zedytowany z 22. minut (do posłuchania w całości na Jehovahkill Deluxe), pokazuje Happy Mondays na psychodelikach zamiast stymulantów. Cały odjechany bagaż rockersi-idą-w-kluby Anglii tego okresu z rozszalałą tanecznością i pianinem via Screamadelica. Nie da się tego opowiedzieć, ale tam jest więcej niż można się spodziewać. Poza tym – zabawnie kpiący z dogmatów hołd dla manieryzmu Lou Reeda (“Julian H. Cope”), oczko w strone La Dusseldorf (kosmiczne “Necropolis”) czy proto-punk (“Slow Rider”). Perfekcyjne 21 minut.
Pozostałe fazy niezgorsze. Już w pierwszej mamy perfekcyjny post-bowie mruk-pop “No Hard Shoulder to Cry On”. W trzeciej Kosmiczne ujęcie Kinks w “Fa-Fa-Fa-Fine” i jeszcze więcej Dingera w “The Subtle Energies Commission”. Rozrzut może onieśmielać, ale też nie ma problemów z odnalezieniem się. Dodatkowym atutem jest to, że się nie nudzi. Monolity monolitami, ale tutaj ciągle jest coś nowego i innego.
Nic dziwnego więc, że po tym albumie Julian zajął się pisarstwem zdobywając nagrodę Nikę za najlepszą zagraniczną powieść science-fiction w 1997 roku, autobiografie “Head Heritage”. Co nie jest prawdą. Julian modzi do dzisiaj, nadal ubrany w idiotyczne skóry okrywające jego odpychająco chude ciało i czapki zasłaniające rzednące długie włosy. Bo wiecie, taki ma styl. Nadal jego głównym instrumentem jest bas. A to z pisaniem to najświętsza prawda. Poza autobiografiami (nie wiem czemu, chyba z wyglądu, ale czuję się jakby był autorem “Basketball Diaries”; nie pytajcie) i literaturą specjalistyczną (pan Magister Historii (chyba), wiecie; coś kieby studiował, wiecie) napisał dwie esencjonalne książki o muzyce. Niezobowiązującą wprawkę o Krautrocku (“Krautrocksampler” z 1995) i ambitnie dokładną, pieczołowicie zriserczowaną o psychodelikach Japońskich (“Japrocksampler” z 2007). Także Cope uczy i bawi. A także bawi ucząc. I uczy bawiąc. Choć powinien uczyć bawiąc niż bawiąc uczyć się. Coś takiego.
[Island; 1992]
Pierwsze czego nauczyłem się o Loose to to, że nie jest to dobra muzyka do palenia czegokolwiek. Inicjalne przesłuchanie podczas palenia za namową kolegi który do dzisiaj pewnie myśli, że Joni Mitchell to jazz (bo tak ściągnął z torrentów, z zakładki jazz, album Blue), było delikatnie mówiąc takie sobie. Ot, chyba single (choć nie wiem czy przeprosiłem się już wtedy z “Maneater” – swoją droga, to kosmiczne outro!), “Glow” i “Do it”. Później gówno wpadło w wentylator, nagle wszyscy zaczęli traktować Nelly poważnie i słuchać Loose jakby to był normalny album, pop eksplodował na Porcys i pozostałem sceptyczny.
Ale słucham teraz i całkiem nie wiem, nie wiem. Może zbyt surowo podszedłem do tematu. Bo teoretycznie nie przypominam sobie słabego singla z tej płyty, a przecież wyszło ich z 5 (!), a moje ulubione kawałki na małe płyty nie trafiły (2!), więc jakbym nie był okropny to Nelly wygrywa stosunkiem 7/12.
Ale nadal jest trochę tak jak to zapamiętałem. Pierwsze 4 kawałki jak w masło. Dwa klabowe szlagiery na singlu + dwa moje ulubione, poza-singlowe, kawałki. To jaką genialną melodię ma “Afraid” wystarczyłoby by obdarzyć kilka pieśniarek. Naprawdę. Tak zacząć album! “Glow” wypada w stosunku do reszty materiału Timby strasznie standardowo, i jest, i w sumie to jest jeden ze strasznych plusów. Że nawet zupełnie standardowy kawałek na zimnym syncie może brzmieć świetnie, że to nie jest magia. Tzn. jest, ale nie ta oszukana, ta normalna magia. Oj, wiecie co chcę powiedzieć.
I wtedy wchodzi “Showtime”. Niczym ucięcie z liścia w twarz.
Nienawidzę takich melodii. Pościelowych pozostałości po infantylizmie lat 90tych. Sprawę stara się ratować imponująco rozbudowane tło i skoczna perkusja, ale to w dalszym ciągu jest niemiecka Viva circa 1997. Ogółem, ten album zabija trochę sekwencja środkowa. Te 3 kawałki. Nigdy nie chciało mi się iść dalej poza te 3. Co za szajs. “No Hay Igual” brzmi jak MIA. Pewnie gdzie indziej brzmiało by fajniej (na przykład na płycie MIA!), ale ja tu przychodzę słuchać popu a nie portugalskiego atonalnego bangera. I jakby tego było mało, dalej znowu ballada. Zrzynająca ze Stingowego (!!(&@%@#%^#$#) “Shape of my Heart”. Wybaczyłem duet Sugababes, ale zrzynanie ze Stinga to jest już przesada (chyba, że jesteś Ernestem Greene – drogą swą, co z nim?).
I tu album jest martwy. Jak to się mówi w ciemniejszych stronach miasta – “chuj z nim”. Wprawdzie następująca przepiękna ballada “Say It Right” i energetyczno efektywny “Do It” to są kolejne hajlajty, ale nic nie oda nam tych 12 minut, które właśnie bezpowrotnie uderzyły w ścianę. Aha – i w jaki sposób ten nowoczesny wyuzdany pop zamienia się bez ostrzeżenia w album Alanis Morissette (“In God’s Hands”) nie mam pojęcia, ale nie pisałem się na to nigdy.
Ogółem to jednak wypada to dobrze („dobrze”). Oczywiście, wyrzucenie tych wszystkich koszmarów i zastąpienie ich nie-koszmarami – jak niewyraziste, ale tez nieofensywne “All Good Things”; a byłby naprawdę kandydat do jakiegoś potraktowania na poważnie. Ale tak nie jest. Ogółem chodzi o to, że przypomniał mi się ten okres, gdzie Pop eksplodował. Ludzie nie mieli z nim problemu od jakiegoś czasu, ale ten szczyt.. O tym będzie trochę jutro (tzn. nie będę analizował, tylko wrzucę linki do Youtube i ze znawstwem (”znawstwem”) i mądrem tonen z cyklu ‘byłem tam’ wypowiem się). Bo wzięło mi się na wspominki. Ale fakt jest, że nie Paris, nie Futuresex/Lovesound, a właśnie Loose było deal-mejkerem/brejkerem wtedy i możliwie, że kulturalnie najbardziej esencjonalną dla anty-barieryzmu muzycznego jaki zdominował świat po roku 2006. Coś jak Kid A 6 lat wcześniej zamieniła każdego w wyznawce Warp. Przynajmniej w jakiś tam sposób. W każdym razie, Loose naprawdę nie jest złe, ale nie wyobrażam soie kogoś słuchającego tego albumu w całości. Nawet ja, teraz właśnie, skipowałem strasznie. Ech, dziwaczne.
Nelly Furtado: Loose
[Geffen; 2006]