//
archiwa

Emil Macherzyński

Emil Macherzyński has written 125 posts for Strona Be

Darmowy czwartek #1: Neil Scrivin Tomorrow’s World


Jest czwartek. Dzień, w który nic się nie dzieje. Chyba, że będziecie wchodzić tutaj. Serię darmowych dobroci z internetów inauguruje Neil Scrivin. Członek nieformalnego kolektywu artystycznego z Blackpool, którego wzajemne wymienianie się demówkami zaowocowało tym, że VHS Head ostatecznie wylądował w SKAM, a jego brat White Mask… jest na soundcloudzie. Neil wydał kilka darmowych kolekcji mp3 dla nieistniejącego już, holenderskiego labela Rack & Ruin.

Album, który urzekł mnie najbardziej, to Tomorrow’s World. Brzmi jak skrzyżowanie lounge-popu Gary’ego Wilsona (bez wokalu), wypożyczalnio-nostalgii VHS Head (bez cięć) i eteryzmu Boards of Canada. Jeżeli macie słabość do analogowych syntezatorów i filmów science fiction, sprawdźcie koniecznie. Poniżej link i teaser. Z ciekawostek – Neil odpowiedzialny jest też za świetny, hyper-popowy cut’n'paste Meatbingo.

DOWNLOAD

Last Step: Sleep


Bardzo podekscytowałem się wizją Aarona Funka penetrującego rejony muzyki tak ukochanych przeze mnie Ceephax Acid Crew, Monolith, ROT13 czy, przede wszystkim, AFXowej serii Analord. Nic nie rusza mnie ostatnimi czasy tak jak acid-electro. I kiedy już myślałem, że jestem w tym gatunku raczej bezkrytyczny, przychodzi pan aka Venetian Snares i pokazuje mi, że z moją oceną rzeczywistości jest wszystko w porządku. Sleep nie jest złe, ale ogólnym problemem tej płyty jest to, że pomysł jest fajniejszy niz wykonanie. Czasami udaje sie wyciąć coś zgrabnego, jak raczej leniwie rozwijające się “MY Off Days”, ale zazwyczaj mamy po prostu 4 minuty drążenia tematu bez większych uniesień. Spore rozczarowanie.

[Planet Mu; 2012] 

The Flaming Lips: The Flaming Lips and Heady Fwends

Jeżeli Record Store Day miał ożywić we mnie miłość do winyli to zawiódł. Z roku na rok zawodzi w sumie coraz bardziej i tracę do końca poczucie sensu całego przedsięwzięcia. Wiecie czym tak naprawdę jest RSD? Sprzedawaniem (w większości) niepotrzebnych nikomu piosenek po idiotycznie wysokich cenach. Pazernym żerowaniem na ludzkiej chęci posiadania czegoś limitowanego. Zawsze myślalem, że będzie odwrotnie. Że w ramach celebracji dostaniemy specjalne, niżej cenione płyty mające zachęcić nas do inwestowania w to jakże fajne hobby. Takiego wała, jednakowoż.

Ale nie płacząc już dalej – The Flaming Lips znowu przygotowało coś fajnego z okazji 21 kwietnia. Album kolaboracyjny z artystami od Keshy po Tame Impala. Jak wyszło? “Iiieeh” chciałoby się wydobyć. Z jednej strony jest to ciekawy konglomerat stylów trzymany w ryzach skwaszonego popu kwartetu z Oklahoma City. Z drugiej jest raczej nudno i nieoryginalnie. Każda piosenak zdaje się mieć jakiś odpowiednik we wszechświecie. Pal sześć jeżeli mamy Keshę jawnie tworzącą “1969″ Stooges w wersji kosmicznej z pełną kontrolą popełnianego czynu. Inaczej kiedy zamykające całość balladowanie z Chrisem Coldplayem bez powodu ewokuje “The Sweetest Thing” U2.

Inna sprawa to to, że jak Lipsi znajdą jakieś brzmienie – nie ma przebacz. Będziemy je słyszeć całą dekadę, aż osiągnie absurd. Zaireeka ciągnęła się za nami aż do At War With The Mystics kuulminując w tej dziwacznej, przekompresowanej multikolorowej papce, która była tyle imponująca co męcząca i nieklarowna. Teraz wszystko jest pzesterowane, brzydkie i dziwne. Ta brzmieniowa osobliwość była jednym z plusów Embryonic, ale po 300 EPkach w tym stylu kuulminujących na 2LP albumie znowu traktującym przesterem każdy, nawet najbardziej ambientowy moment, po prostu nie chce się już tego słuchać. Czekam na nagranie, które będzie tak rozkręcone, że jedyne co będzie słychać to PPFPFPRPPF.

No ale, mimo wszystko, dla kilku utworów warto. Choćby wspomnianego z Keshą, czy tego z Neon Indian, albo Lightining Bolt. To w końcu radosana okazja, takie nowe The Flaming Lips. Nie bądźmy tacy spięci.

[Warner Bros; 2012]

Tercja pierwsza: płyty 2012


Jak już mówiłem, wróciłem na wiosnę. By rozprostować kości, zapraszam na małą rekapitulację moich muzycznych sympatii ostatnich 4 miesięcy. Choć starałem się być w trybie wakacyjnym, działo się zdecydowanie za dużo bym mógł usiedzieć spokojnie. Poniżej selekcja 10 moim zdaniem najciekawszych dłuższograjów.

Die Antwoord: TEN$ION
Wciąż nie wiem czemu ta płyta nie podoba się praktycznie nikomu. Prodigy sprzedało z 30 milionów kaset nad polskim morzem, ktoś musi czuć choć trochę nostalgii. Świetny, energetyczny album pełen rave’ów, hiphopów i innych ciekawostek. Dodatkowe punkty za samplowanie Delii Derbyshire.

Mux Mool: Planet High School
Nie wiem absolutnie nic o Mux Mool poza tym, że kawałek fajnego, prostego bigbeatowo-hiphopo-idmowego skocznego materiału. Tak, jestem czasami aż tak leniwy.

Atom™: Winterreise
Uwe Schmidt, człowiek 2000 psudonimów pod którymi nagrał 7000 płyt (dane nie zostały sprawdzone), wydał te płytę w zeszłym roku jako playbutton. Czyli taki odtwarzacz mp3, który gra w kółko jedną płytę i w ramach interface’u ma okładkę. GENIALNY pomysł na wyciąganie kasy od zamożniejszej części ludzi z pierwszego świata. Raster-noton na szczęście śpieszy z pomocą byśmy ten abstrakcyjny (jeden z utworów brzmi nawet jak spowolniony remiks “Arch Carrier” Autechre) kawałek muzyki elektronicznej celebrować z ripa w jakości CD.

Giant Claw: Clash of Moons
Jeżeli tak jak ja macie słabość do arpegiatorów w stylu skwaszonych elektroników z lat 70 uzbrojonych w kosztowne jak na tamte czasy syntezatory, nie szukajcie dalej. Prawdziwa perełka, zwłaszcza tytułowy utwór, trwający ponad kwadrans.

The Lemon Tape
Kanada wciąż na topie. Tym razem w formie słonecznego, hipisowskiego 60s popu na kompilacji, która brzmi tak spójnie, że równie dobrze mogła by być jakaś zorganizowaną akcją jednego kolesia. Zwłaszcza polecam zwrócenie uwago na wyrafinowane dotworzenie brzmienia tamtych lat. Dało by sie nabrać, że to z epoki.

Mark Van Hoen: The Revenant Diary
Nostalgiczno-analogowa podróż w świat abstrakcyjnej elektorniki, triphopu i szkoły berlińskiej. Mark postanowił nagrać wszystko jak w latach 80, na 4-track, przy użyciu starych sprzętów. I wyszło czarująco.

Plug: Back on Time
Jak już wspominałem…

VCMG: Ssss
Nigdy bym nie pomyślał, że takie epicko fajne techno wyjdzie spod laptopów nudziarzy odpowiedzialnych za dekady męczenia mnie Depeche Mode. Godzina jedostajnego umc umc umc jakiego nie powstydzili by się umc-maestrzy z Hardfloor. Umc umc umc.

Steinvord: Steinvord
Ktokolwiek stoi za Steinvord musi być niepocieszony, że mimo nieujawnienia się, nie powtórzył sukcesu The Tuss. Szwindel jest jednak zbyt dobrze skonstruowany, by dojść do jednoznacznje konkluzji kto wysmażył te 25 minut acid drum’n'bassu, zabijając tym samym jakiekolwiek zainteresowanie ludzi spoza wąskiej grupki sympatyków wydawnictw wytwórni Rephlex. To, co dzieje się w “Yiff Acid” czy “Cyg X-1″ jest wręcz nieopisywalne. Niesamowicie pocięte figury rytmiczne nie tracące ani razu tanecznej klarowności odwołują do czasów, kiedy Warp siał spustoszenie na scenie “ambitnej” muzyki elektronicznej, podkręcone trzykrotnie. Aczkolwiek każda z tych piosenek to strzał w sam środek tarczy. Szkoda tylko, że pressing winyla to strzał w stopę, ale hej. Czego się nie robi dla siebie.

Kevin Greenspon: Maroon Bells
Maroon Bells to zadziwiający wręcz dokument dalekiej drogi Kevina jaką przeszedł jako twórca ambientu. Używając samej gitary tworzy formy i tekstury unikające post-rockowości, jedocześnie zachowując popową lekkość bez popadania w tanią melodykę. Ten album jest tego wszytskiego kulminacją. Każda piosenka to mały majstersztyk jaki na swoich płytach serii Ambient mógły umieścić Brian Eno. Swoista symfonia przedługich wybrzmień przecinanych krótkimi, melodycznymi pasażami. Kiedyś mówiłem, ze marzeniem moim byłoby sprowadzenie całej muzyki do serii precyzyjnych fal sinusoidalnych i tutaj właśnie to się udało osiągnąć. Coś doprawdy niesamowitego.

Indefinite Hiatus

Napisałem dwie, długie recenzje – Plug i Lindstrom. Świetne płyty. I doszło do mnie, że nikomu nie będzie się chciało ich czytać. Nie, inaczej. Mnie by się nie chciało, gdyby ktoś inny je wrzucił. Patrząc też na to, że każdy z większych projektów jakie miałem nie wypalił bo traciłem zapał w połowie (i juz nigdy nie doweicie się jakie perełki Rephlex i Skam chciałem polecić na 20-lecie labeli; no dobra Ffreesh!, Cylobian Sunset i Corrupt Data Instrumentals, ale to tylko SAMPEL). Poza tym, u

Także idę zrobić sobie kilkumiesięczny HIATUS.

Moda na reaktywacje w pełni, więc pewnie spotkamy się na wiosnę czy coś. Albo w ogóle. Ktoś będzie tęsknił? Meh.

W razie gdyby, pewnie będę pisał dla XXXXxxXXX to, co pisałbym tutaj. Choć pewnie wcale nie będę znowu tak dużo pisał.

W bonusie 5 filmów, które ostatnio widziałem, i które polecam:
Soylent Green (1973)
Trucks (1997)
SLC Punk! (1999)
This Is England (2006)
Carnage (2011)

Xoxo/11

Pierwszy tydzień stycznia to ten dziwaczny okres zawieszenia, kiedy wszyscy zdają się jeszcze tworzyć post-sylwestrowe memy i nikt tak na dobrą sprawę nie myśli jakie post-sylwestrowe memy pojawią się w roku 2013. Czas, kiedy hajpmaszyny śpią, a hajpobiorcy przerzucają końcoworoczne listy. I to jest świetny moment, by wymienić rzeczy z minionego roku, które warto wspomnieć, a nie zmieściły się nigdzie.

eMagazyny
To jest przewrotne trochę z mojej strony, bo w końcu i Electric Nights, i Machina zwinęły się, ale to był w sumie fajny rok dla tzw. “prasy”. Poszukiwania alternatywy dla dogorywającej formuły portalu muzycznego, trwają. Jednak to co mnie naprawdę urzekło, to fakt, że czasy pisania o muzyce za darmo mijają. I choć styczeń zaczyna się odpływem, to myślę, że choć trochę  pokazano, że praca na kasie w supermarkecie i teksty dobrej jakości po godzinach to mit większy niż średnia krajowa.

Zosie samosie
Nawet nie wyobrazacie sobie stresu, który towarzyszy ściągnięciu geja z Kanady na koncert w tak konserwatywnym mieście jak Łódź. A udało się i to bez elektro-wkrętów i innych takich klasycznych “scena gra dla sceny” akcji. Poza tym, niech ktoś zacznie doić te złotą krowę jaką odkryłem w tym roku, czyli koncerty one-man-bandów. Przecież te pół-plejbeki to NAJLEPSZE co można zrobić w tych naszych wiecznie słabo brzmiących klubach, w których perkusja zawsze niszczy wszystko, i nikt niczego nie umie ustawić. Więcej Juvelenów, więcej Maxów Tundrów, więcej wszystkiego.

Generation Next
Pamiętacie te reklamy Pepsi? Ze Spice Girls? Muw ołwer jejeje? W każdym razie. Kaseciarz, Armando Suzette, Chłopomania, po jakiejś części wydawnictwa Sangoplasmo – to są nadzieje na lepszy rok i leki na całe zło. Polacy otrzaskują się z ideą wykorzystania “domowego studia” (czyli FL Studio, komp, słuchawki Seinheiser i ew. midi kontroler) do czegoś innego niż klejenia electro. Nienawidze electro. W każdym razie, chodzi o to, że choć z opóźnieniem, dociera do nas SPRYT. I to mnie cieszy bardziej niż przeceny w Saturnie (4 Eno po 20 każdy, 4!).

I to chyba tyle z plusów. Daruję sobie dla odmiany minusy. Na co komu one.

Top 20/11: Albumy

Z czeluści sylwestrowych przygotowań czas zakończyć tegoroczne zmagania z muzyką, dla której to rok był nad wyraz Chojny, gdzie mieszkam. Nie przypominam sobie bym KIEDYKOLWIEK mógł ułożyć listę TYLU płyt i płytek, zostawiając sobie jeszcze zaplecze na margines błędu. Nie słuchałem jakoś nazbyt obsesyjnie, w sumie to był chyba najbardziej wyluzowany rok od kiedy pamiętam, ale co go odróżniało od poprzednich to fakt, że prawie każdy strzał był celny. I nie wiem, czy to wina ślepego szczęścia, intuicji czy też może tego, że zła muzyka została w 2010. Nawet najgorsze rzeczy, jakie mi wpadły w ręce (choćby Wobble z Campbell, nawet Skrillex!) były totalnie do przeżycia. Zero agonii. Czyżby zbliżał się koniec świata?

20. Kunlun: Kunlun II
30 minut chropowatych trzeszczących i drone’ujących loopów. Nieczęsto tego typu rzeczy udają się w ogóle, jeszcze rzadziej tak dobrze.

19. The Cars: Move Like This
Kurde, ja wiem, to dziadki są. I te piosenki są takie jak 30 lat temu. Ale jest to nieczesty przypadek, kiedy takie coś się faktycznie udaje. I tutaj należy czoła uchylić.

18. Tiger & Woods: Through the Green
Kolejny festiwal pętli, tym razem tanecznych, z francuskim posmakiem. Pogrobowiec Daft Punk, który brzmi lepiej niż słynny duet. A nie, czekajcie oni jeszcze grają? Niezręcznie.

17. Je Suis France: Lets Give ‘em Something to Talk About
Kompilacja nagrań z niezliczonej ilości EPek, choć nie do końca best-of (gdzie jest “Pressurewash My Soul”?), świetnie spełnia rolę czwartej oficjalnej płyty roztrzepanego kolektywu. Zza fasady zabawowej, jak się wsłuchać, mamy chyba tekstowo najsmutniejszą i poważną płytę (nawet wyróżniające się shit-punkowością w tej krainie indie-folku “Get Liberal”, choć brzmi jak żart, mogłoby być czymś w rodzaju hymnu cynicznych konserwatystów) o smutkach, rozterkach i śmierci. Nie ukrywam, wzrusza mnie ten krążek, nawet jeżeli ich rozterki dalekie są od moich własnych.

16. The Kurws: Dziura w Getcie
Wciąż wspaniale chropowate, zwierzęce i surowe anty-post-wszystko. Najciekawsza gitarowa płyta jaką słyszałem w tym roku, jak by nie patrzeć.

15. Mark E: Stone Breaker
Disco-house z zaskakująco dużą ilością tak zwanego napierdalania. Takie „Belvide Beat” np. Zestawia ze sobą klasyczny 4 stopy i pętlony bas z kanonadą talerzy i acidowymi syntezatoramy. Czysta przyjemność, Marku. Czysta.

14. Wagon Christ: Toomorrow
Z oparów hashu wyłania się kolejny album Luke’a Viberta. Toomorrow to pełny luz i lepkie funki. Można dostać munchies od samego słuchania.

13. Kuedo: Severant
To chyba mają być footworki czy coś, ale ja tam słyszę nostalgiczność wyniesioną z Boards of Canada z szybkimi hajhetami. W tym dobrym sensie, oczywiście.

12. Byetone: Symeta
Najbardziej podoba mi się ta delikatnie wystająca zza eklektronicznego łup łup krautrockowa natura tej płyty, która wpuszcza w nią tzw. powietrze i jakby nadaje trochę szerszy wymiar. Zamiast kolejnego raster-notowego minimal-techno mamy w sumie skuteczne odniesienie do pionierów mutterlandu Byetone’a przy jednoczesnym zachowaniu sznytu wytwórni. I jak się lubi obydwa, jak ja, to nie może się nie podobać.

11. Gatto Fritto: Gatto Fritto
Wciąż moje ulubione neo-kosmische. Może nie jest to ideał, może rozumiem ludzi, których nudzi ta formuła i na przestrzeni całej płyty poddają się. Ale ja tam się wybawiłem. Nabawiłem. Oj, wiecie.

10. Profesjonalizm: Chopin Chopin Chopin
W świecie ekscytacją mondeo jazzem (Jazzpospolita, Jaga Jazzist), Profesjonalizm odstaje i może być co najwyżej mondo. Duchowo bliżej jest do avant-fusion Spisku Sześciu, czy flirtami z no wave, podobno konserwatywno-katlickiej, formacji Tie Break. Już pierwszy utwór, nazwany po prostu “Długi”, to przemarsz melodii nieodległej wczesnym, nowojorskim latom Milesa Davisa, która tnie się, zatrzymuje, rozpoczyna, staje na głowie i układa przedziwne figury geometryczno-stylistyczne wg. klucza znanego tylko Maseckiemu, liderowi grupy, a mimo to zachowuje klarownośc kompozycji i lekkość (przez 11 minut, tytuł zobowiązuje). Chopin Chopin Chopin to płyta naprawę gigantyczna w formie i wyrazie, i na dobra sprawę zupełnie nie rozgryziona. Pozostaje mieć nadzieję, że cynizm przyszłych pokoleń spowolni przemiał muzyki i ktoś pochyli się nad tym krążkiem robiąc jego porządną ewaluację. Pokolenie JP nie ma czasu.


9. Alva Noto: univrs
Noto na chwile zapomina o matematycznych glitchbientch i postanawia zagrać nam taneczną faksotronikę. “Robots doing the nasty”.

8. Octo Octa: Rough, Rugged, And Raw
I choć tytuł płyty może zapowidać film z Vin Dieselem, porno z lat 70, albo zbiór nudnych dem – ten idiotycznie późny album-kompilacja (ma ile, tydzień?) zaskakuje sprawnym ujęciem tytułowego tematu. Jeżeli z wypiekami na twarzy czytaliście “Energy Flash” Simona Reynoldsa, jaracie się wczesnymi Warpami, czy też ogółem lubicie techno – Octo Octa wyciąga pomocną dłoń z fluorescencyjną lską, tabletką i skrętem na zejście. W porównniu z EPką wymiękły implikcje chillwave’owe i house a’la FashionTV, zyskała taneczność, a zamknięcie wszystkiego w jednym długim miksie daje przyjemne uczucie niekończononości.

7. Sea Oleena: Sleeplessness
Eteryczna kanadyjka przypomina wrażliwą przez którą niektórzydo dzisiaj uganiaja się za siusmajtkami z Sigur Rós. Zaskakująco sprawne (mamy 2011 rok!) połączenie folktroniki z dreampopem, w dodatku nagrana w sypialni, czyli tak jak się POWINNO nagrywać płyty by być pra

6. Ming Ming: Ultrameta OK
Mingley brzmi na tej płycie jak rozkręcony, złowieszczy Com Truise, który zamiast się czilować, woli nas straszyć. Porównałem wcześniej do przesterowanego finału „Windowlicker”, i choć zgadzam się wciąż, to trochę spłycenie tej zupełnie autnomicznej gryzącej syntezatorami płyty. W dodatku, na koniec dorzucono 9 minut psychodelicznego mastrepiece’u o którym pisałem w zeszłym roku. Konkret.

5. Piętnastka: Dalia
Wciąż uważam tego rodzynka za pobratymca prymitywnej elektroniki i minimalowego idmu. Wiem, że powinienem już zmądrzeć, dorzucić folk, wtajemniczonym tonem nadmienić pobrzmiewające In C i wspomnieć coś o jazzowych inklinacjach, ale nadal wydaje mi się, ze to taki komputerowiec bez sekwensera. Taki nasz mały, własny fenomen.

4. Internet: Purple Naked Ladies
Odd Future wchodzi w gładkość. Syd i Matt wyprodukowali (przede wszystkim) tak soczyście słuchalny i słuchawkowy, że jakiekolwiek przejawy (mitycznego) songwritingu zdają mi się drugorzędne. Że refren gdzieś nie domaga? Że gdzieś domaga? A słyszałeś jak spreparowali perkusje? Jak ubarwili synthy? Wspaniały trippujący post-soul. Reszta powiewa.

3. Toro Y Moi: Underneath the Pine
Serio ktoś woli jak Chaz próbuje grać glitch-pop w FL Studio, niż gdy zaiwania najsmoothlejsze dream-funki o analogowej ciepłości? Nie pomogę mu zatem. Dla mnie to na tym krążku zrodził się najprawdziwszy talent. Zestaw rhodes+suchy bas i treblowa perka, wspomagane zaspanym głosem ujmuje nie sto razy bardziej. Jeszcze te melodie. Te melodie.

2. Peaking Lights: 936
Aaaah, wspaniałość tego albumu. Jego głęboka basowość wciągająca bardziej niż narkotyki, które ją spowodowały. To chyba największe zaskoczenie całego sezonu. Na debiucie małżeński duet zapodawał jakieś nudne avant-folki, a tutaj pełna amatorotronika z tymi basami i tamtymi melodiami. A teraz awansowali do indie mejdżersa i strach się bać, co z nich będzie.

1. Bullion: You Drive Me to Plastic
TAK! Nie mogło być inaczej. Swój album roku poznałem w styczniu. Smutne to, choć stałość tych uczuć jak dla mnie dowodzi powagi sytuacji. Połamane funki sklejone w jeden długi miks. Każda sekunda napakowana jest piętrowymi hookami, małymi radościami i innymi na wskroś tęczowymi rzeczami o których pisanie jest dla mnie trochę już nudne. Więc po prostu słuchajcie i przejrzyjcie na uszy w końcu. Płyta. Roku.

Top 10/11: EPki i Minialbumy

Część druga. Dłuższa. Choć nie najdłuższa.

10. Mi Ami: Dolphins
Teoretycznie jest to moja EPka życia. Acid house i post-punk, Beltram i Maximum Joy, ramię w ramię, piosenka po piosence. Gdyby udało się każdy kawałek połączyć tak harmonicznie jak fenomenalne “Echo”, piałbym z zachwytu. Tak mogę co najwyżej zagdakać z uznaniem. Gdak gdak gdak.

9. Sulk: Kites – 10th Anniversary Edition
Zatrzymajmy się na chwilę. Mój stosunek do songwritingu Borysa jest niesprawiedliwie wręcz chłodny (nic nie poradzę). Nie potrafię wykrzesać z siebie entuzjazmu do niczego napisanego przezeń po i tak mocno przynudzającym Lake & Flames. Jednak pracując wstecz (kalk.ang.-przyp.red.), Kites zawsze było dla świętym graalem. Szczególnie, kiedy w 2005 (chyba) roku zagrali “Cloudland” na pamiętnej Offsesji u Stelmacha, przy pomocy perkusji w której skład wchodziła piłka do koszykówki. Pamiętam, że próbowałem wtedy wysępić te nagrania na forum TCIOF, ale wtajemniczeni zbyli wszystko rozbawionym “niewarto”. No więc nie znacie się. Kites to bardzo wciągająca, choć momentami z premedytacja przedłużana dawka pacholęcego soundscapingu od, wtedy, najbardziej obiecujących writerów w kraju. Te unurzane w doświadczeniach downtempo (słychać Air) i nastletniego bólu (Radiohead) nagrania o zerowej jakości (choć tutaj chyba winiłbym niezbyt fortunny transfer i remastering, choć może chodziło o zachowanie klimatu) nagrania to zapis czegość tak poruszająco prawdziwego, nieskażonego poptymizmem i zimną kalkulacją skal i podziałów rytmicznych. Wiem, że prawdziwość w muzyce to kategoria z Teraz Rocka (do którego Borys pisał, więc zataczamy się w około), ale każde nagranie tak obnażającego typu pobudzają we mnie małego FANA, który poza zapisem falowym chciałby wgląd do pamiętnika i listę płyt najczęściej słuchanych podczas tworzeniu. To trip-avantowe shit-fi obiecuje więcej, niż dostaliśmy, co jest na swój sposób smutne – ale z drugiej strony, jak dobrze mieć i to. Przecież to historyczne jest.

8. Deadboy: Here
Rozbraja mnie ten impotencki sound klawiszy. To jest jedna z tych sytuacji, gdzie cos jest tak amatorskie, że musi być poważnym wyborem profesjonalisty. Albo strzałem w ciemność (kalk.ang.-przyp.red.). Cokolwiek to jest, 20-minut konkretnego tańczenia. Na poważnych melodiach. Z niepoważnym klawiszem.

7. The Flaming Lips: Strobo Trip
Nienawidzę Wayne’a i spółki za to, że są w stanie wymyślić najidiotyczniejszą rzecz i zrealizować ją tak dobrze, że taki niepoprawny cynik jak ja legnie. Poważnie. W jaki, za przeproszeniem, kurwa, sposób da się zrobić 6 godzin muzyki i nie wyjść na kompletnego oszołoma? Jasne, że trikiem jest tutaj przedłużane, transowe dżemowanie, więc jest łatwiej niż gdyby pisać 30-minutowe zwrotki, ale i tak. Ilu jest artystów, których narkotyczne transy są was w stanie utrzymać przy głośnikach dłużej niż 3 minuty? No więc ci psychopaci robią to przez 6, za przeproszeniem, kurwa, godzin. SZEŚĆ. Nie wiem, czy moja lista albumów roku trwa tyle ogółem. I najśmieszniejsze, że 24h kawałek TEŻ jest dobry, i gdybym miał kiedy wolne 24h na wysłuchanie go, pewnie też by się tutaj znalazł. I pomyśleć, że współpracując nie udało im sie wysmażyć nawet jednej, naprawdę dobrej, 20-minutowej EPki. Litości, kurwa, bez przeproszeń.

6. Brahms: Pressure
Rozczulająco minimalistyczne, organowe ambienty nagrany na szumiące kasety. 9 minut rozkosznego, rozmarzonego blissu. Ponoć jednorazowa sprawa. Powiedziałbym, że stworzone do kultu, ale w sumie to chyba nie te czasy.


5. DannielRadall: Pardo
Ach, ostatki chillwave’u. To dziwne uczucie widzieć nurt, któremu się tak kibicowało od samego początku, jak w przeciągu niespełna 12 miesięcy atencji blogów rozmył się na drobne i zniknął. Sprawy z witchhouse i lo-fi r’n'b były o tyle inne, że poza przodownikami nie było zbyt prominentnych naśladowców i kontynuatorów (90% witchhouse’owców zdawało się robić sobie jaja). Jak by jednak nie patrzeć, co niby można zrobić z gatunkiem, który przedymano muzycznie wzdłuż, wszerz, wydrenowano i wypluto. Jednak wracając do temat, Pardo jest dla mnie czymś w rodzaju genrowego łabędziego śpiewu. Domowa produkcja, rozmarzenie, przy jednoczesnej próbie jawnego wyrwania się z konwenansów (Durutti gitary, hiphopy). Możliwe, że to ostatnie, chronologicznie, co z tego gatunku zapamiętam. I nazwę chillwavem bez poczucia bicia martwej szkapy (kalk.ang.-przyp.red.).

4. Gescom: Skull Snap EP
Ogólnie gigantyczne zaskoczenie. Nigdy mnie te pokątne pogrywania Gescom niezbyt interesowały, aż nie poszli w stronę stadionowych bengerów. Poza autechreniką tu i tam mamy konkretne, rozbujane hiphopy. Ogółem nie ma co się rozwodzić. Jak ktoś nie wie co to Autechre i Gescom, niech poczyta, a potem posłucha Skull Snap i wszystko będzie jasne. Jak słońce. Zarówno teoretyczne zaskoczenie, jak i praktyczna audio-frajda.

3. Kevin Greenspon: Ad Seg
Druga strona tej kasety, w postaci miniaturki i długaśnego kolosa, to prawdopodobnie najładniejsze co Kevin zrobił do tej pory. Bywało melodyjnie, bywało nastrojowo, ale tak precyzyjnie w manipulacji dźwiękiem jeszcze nie. Kruche i śliczne w pierwszym przypadku, wciągające i majestatyczne w drugim. Strona A to przeciągły, ciężki drone, który skonfrontowany z lekkością reszty nabiera narracyjnego sensu. Przy całej mojej sympatii do taśm wrzucanie takich rzeczy jedynie na nie, a potem kompilowanie na składankach na których ich inicjalny bieg wydarzeń jest z natury zaburzony jawi mi się zbrodnią. Na nodata.tv z tym. Ludzie muszą wiedzieć.

2. VHS Head: Midnight Section
Ade ponoć sadzi na drogach cement i chodniki. A kiedy nie robi tego, tnie, kręci i klei futurystyczne funki. Tłumaczyłem czemu te glitchadelie są absolutne już tyle razy, że mi się nie chce powtarzać, więc po prostu wrzucę jakieś audio i się sami odnajdziecie. Za to to z tym, że gościu robi na drogach, bezcenne. I smutne. Ale ponoć AFX zaczynał od pracy w kopalni (której odgłosy słychać w “Quoth” Polygon Window), więc nie łam się, Adrian. Będzie dobrze.

1. Burial: Street Halo
No więc obdarty z tajemnicy Burial najwyraźniej stwierdził, że czas nagrać jakieś naprawdę dobre tjuny. Street Halo to chyba jego najbardziej dojrzała, złożona kolekcja z dotychczasowych. Te trzy kawałki są tak przepięknie wielkomiejskie i paranoidalne, zachowując przy tym melancholię spoglądania na duże miasto z wysokości, że aż rozumiem czemu tyle mu to zajęło. Dłubania w Soundforge’u musiało być co nie miara. Poza tym totalnie zadziwia mnie, jakim ten koleś jest zerowym współpracownikiem. Wszystko, czego nie robił sam (SIAM) brzmi juz słabo. Tak jakby Billy bał się włożyć coś swojego, otworzyć się przed Massive Attack czy Four Tetem. Albo z premedytacją, ew. podświadomie, najlepsze zostawia sobie do dłubania samemu. W domu. Cokolwiek to jest, trzeci album może być mistrzostwem światna. Subtelny acz wyczuwalny progres skłania ku temu. Zresztą nadzieje zweryfikują się już niedługo, na EPce Kindred, czy warto wypatrywać długograja czy po prostu zatapiać się trzy razy z rzędu w Street Halo. Zresztą, warto się zatapiać cokolwiek by nie było. Piękna rzecz.

Top 5/11: Wzmianka honorowa

Podsumowanie postanowiłem podzielić na 3 części, ponieważ wrzucenie 50 tytułów wydało mi się trochę nazbyt indymidujące. Komu chciało by się to czytać? Zamiast tego będzie 35, w 3 częściach. Oto pierwsza z nich, jako aperitif. Kolejność przypadkowa.

Octo Octa: Let Me See You
Tytułowy z tej epki to epicko prosty, by nie powiedzieć prostacki, ale utwór roku 2011. Piękno tych repetycji, krojonych w idealne czwórki wgryza się w mózg. Acidowo-ambientowo-technowo klawisze, chillwave’owe smaczki, do tego prosty 4ttf rytn okraszany z czsem urozmaicającymi tomami to rzecz genialna w swojej prostocie po tej samej linii co “Call On Me” Prydza czy “The Weekend” Graya. Bardziej uznane, podobnie repetywne “Music Sounds Better WIth You” jawi się tutaj symfonią cutoffów i modulacji. Zaczynający od chiptunów pupilek sublabela Not Not Fun rozbija bank. Ciężko w sumie stwierdzić co dział lepiej – powtarzana w nieskończoność fraza tytułowa, czy wspomniane pianino, może ten hipnotyczny rytm. Ale nie wiem, czy coś pustoszyło moje playlisty precyzyjniej. Pozostałe trzy utwory są boleśnie na doczepkę i dlatego tylko ta lista, a nie główna. Bo choć trzymają poziom zwany potocznie dobrym, nie wywołują nawet w połowie takich odczuć jak tytułowy.

Sensible Soccers: Sensible Soccers EP
SUpergrupa przyjaciół z Wools i Nihilist Assault Group przypomniała mi, że post-rock i dream pop to nie muszą być ani rozlazłe gitarowe arpeggia, ani rozmarzone przynudzanie w stylu M83. 4 zwarte, powoli rozwijające sie utwory z jednym poszatkowanym, idm-rockowym strzałem. Nie jest to może mistrzostwo świata, ale klasyka rzeczy na tyle przyjemnej, że nie wspomnieć wstyd. Warto trzymać na nich oko.

Kaseciarz: Surfin’ Małopolska
Muzyka muzyką, ale ten tytuł. Rozbić bank w taki sposób! Ktokolwiek mający kiedykolwiek zamiar wydać płytę powinien przejść jakiś kurs czy szkolenie z tytułowania swoich prac u Kaseciarza. Rzadko kiedy dwa słowa są w stanie oddać klimat i brzmienie jakiegoś wydawnictwa, jeszcze rzadziej będąc przy tym niewyobrażalnie wręcz cool.

Frank Ocean: Nostalgia, Ultra.
Rozdarty między emocjonalnym cipieniem się a swagowaniem soulowiec z Odd Future zapodał album przede wszystkim szalenie przyjemny i chwytliwy (“Novocane”!), ale też całkiem zgrabnie operujący frazą tytułową. I nie chodzi tu o odniesienie do BoyzIIMen, nie chodzi o hauntologie, tylko to tęskne uczucie w głosie Franka, w jego lekkich podkładach. No i ta okładka. Moja ulubiona w tym roku. Winszujemy.

Coiso!: 2: The Sonic Guide To The Self Induced Haunting Trip (A Soundtrack For Altered States Of Consciousness)
Partyzancki projekt z gorącej Portugalii, na swojej drugiej EPce porzuca trochę plunderofoniczne miraże i odjeżdża w świat psychodelicznego micro-house’u. Wolta stylistyczna o tyle zaskakująca, co skuteczna i aż szkoda, że płytowa Mega Trip nie pociągnęła wątku dalej, tylko wróciła do plądrowania i repetycji. Wciąż jest to jednej z najciekawszych anonimowych tworów jakie przyszło mi w tym roku słyszeć.

10 lat Porcys

Zacelebrowałem sobie 10 lat Porcys, oto co tam zobaczyłem.

ZaireekaParty – jak chcesz puścić płytę o audiofilskiej wręcz dbałości o niuans, której cala frajda polega na słyszeniu szczegółów, pamiętaj, by ustawić moc głośników tak, by dźwięk nie zamieniał się w męczącą magmę o zerowej klarowności. Mówiąc prościej – czemu, kurwa, puściliście to tak głośno?

Jazzpospolita – zaiste wystąpiła, z niezbyt porywającym setem.

Furia Futrzaków – nie pamiętam jak grali. Anegdotka – chyba wszyscy znajomi myśleli, że to Iza Lach, i że “nie rozumieją hajpu”.

Iza Lach – kojarzy mi się głównie z tym, że zaraz przed debiutem miała 16 lat, potem zaraz po przez 3 lata 18, a teraz ma 20. Jeżeli wierzyć w metrykę na rymie, tak naprawdę ma 22 i nie posiada dziwnych mocy pozwalających jej nie starzeć się. Koncert był niestety nudny, brzmiał jak najsmutniejsza Kate Bush grana bez rozmachu. Wszystko dobijał najgorzej brzmiący werbel w Polsce. Nie rozumiem hajpu.

Baxter – Ani to śpiewał, ani to grał, ani to piosenki były, ani w ogóle nic. Wyglądał trochę jakby się urwał z The Frogs, tylko bez poczucia humoru.

Juvelen- świetny koncert. Bida wprawdzie wizualna na scenie, ale pokażcie mi kolesi z Big Day czy Rotar grających teraz takie klimaty (Juvelen debiutował w pop-rockowym Pineforest Crunch). Był Prince, był funk, disco, Luomo, na koniec chillwave-reggae w stylu Washed Out. Była konfuzja czy Dżuwelen (Duże Pe) czy Juwelen (Afrojax). Był kontakt z publiką, zrywanie struny w gitarze, solówki, falsety, wygibasy, tańce, impreza była. “Hannah” i “Don’t Mess” rozsadziły miejscówkę. Brakowało tylko oprawy, bo samotny Juvelen ubrany chyba w pierwsze 5 ciuchów z podłogi, które jeszcze nie walą i w czapce z daszkiem z napisem FUN, mający za propy jedynie swego czarnego Tele i klawisz z przyklejonym taśmą Kaoss Padem, wyglądał mało imponująco na tle obskurnej sceny. Ale tańce były, najważniejsze.

DISCLAIMER: Tylko Juvelen liczył bym jako  naprawdę widziany, resztę słyszałem z sali dla palących między jedną rozmową a drugą.

10.0 – 10 urodziny Porcys
Urban Garden, Warszawa, 9.12.2011

Follow

Get every new post delivered to your Inbox.