Top 20/11: Albumy

Z czeluści sylwestrowych przygotowań czas zakończyć tegoroczne zmagania z muzyką, dla której to rok był nad wyraz Chojny, gdzie mieszkam. Nie przypominam sobie bym KIEDYKOLWIEK mógł ułożyć listę TYLU płyt i płytek, zostawiając sobie jeszcze zaplecze na margines błędu. Nie słuchałem jakoś nazbyt obsesyjnie, w sumie to był chyba najbardziej wyluzowany rok od kiedy pamiętam, ale co go odróżniało od poprzednich to fakt, że prawie każdy strzał był celny. I nie wiem, czy to wina ślepego szczęścia, intuicji czy też może tego, że zła muzyka została w 2010. Nawet najgorsze rzeczy, jakie mi wpadły w ręce (choćby Wobble z Campbell, nawet Skrillex!) były totalnie do przeżycia. Zero agonii. Czyżby zbliżał się koniec świata?

20. Kunlun: Kunlun II
30 minut chropowatych trzeszczących i drone’ujących loopów. Nieczęsto tego typu rzeczy udają się w ogóle, jeszcze rzadziej tak dobrze.

19. The Cars: Move Like This
Kurde, ja wiem, to dziadki są. I te piosenki są takie jak 30 lat temu. Ale jest to nieczesty przypadek, kiedy takie coś się faktycznie udaje. I tutaj należy czoła uchylić.

18. Tiger & Woods: Through the Green
Kolejny festiwal pętli, tym razem tanecznych, z francuskim posmakiem. Pogrobowiec Daft Punk, który brzmi lepiej niż słynny duet. A nie, czekajcie oni jeszcze grają? Niezręcznie.

17. Je Suis France: Lets Give ‘em Something to Talk About
Kompilacja nagrań z niezliczonej ilości EPek, choć nie do końca best-of (gdzie jest “Pressurewash My Soul”?), świetnie spełnia rolę czwartej oficjalnej płyty roztrzepanego kolektywu. Zza fasady zabawowej, jak się wsłuchać, mamy chyba tekstowo najsmutniejszą i poważną płytę (nawet wyróżniające się shit-punkowością w tej krainie indie-folku “Get Liberal”, choć brzmi jak żart, mogłoby być czymś w rodzaju hymnu cynicznych konserwatystów) o smutkach, rozterkach i śmierci. Nie ukrywam, wzrusza mnie ten krążek, nawet jeżeli ich rozterki dalekie są od moich własnych.

16. The Kurws: Dziura w Getcie
Wciąż wspaniale chropowate, zwierzęce i surowe anty-post-wszystko. Najciekawsza gitarowa płyta jaką słyszałem w tym roku, jak by nie patrzeć.

15. Mark E: Stone Breaker
Disco-house z zaskakująco dużą ilością tak zwanego napierdalania. Takie „Belvide Beat” np. Zestawia ze sobą klasyczny 4 stopy i pętlony bas z kanonadą talerzy i acidowymi syntezatoramy. Czysta przyjemność, Marku. Czysta.

14. Wagon Christ: Toomorrow
Z oparów hashu wyłania się kolejny album Luke’a Viberta. Toomorrow to pełny luz i lepkie funki. Można dostać munchies od samego słuchania.

13. Kuedo: Severant
To chyba mają być footworki czy coś, ale ja tam słyszę nostalgiczność wyniesioną z Boards of Canada z szybkimi hajhetami. W tym dobrym sensie, oczywiście.

12. Byetone: Symeta
Najbardziej podoba mi się ta delikatnie wystająca zza eklektronicznego łup łup krautrockowa natura tej płyty, która wpuszcza w nią tzw. powietrze i jakby nadaje trochę szerszy wymiar. Zamiast kolejnego raster-notowego minimal-techno mamy w sumie skuteczne odniesienie do pionierów mutterlandu Byetone’a przy jednoczesnym zachowaniu sznytu wytwórni. I jak się lubi obydwa, jak ja, to nie może się nie podobać.

11. Gatto Fritto: Gatto Fritto
Wciąż moje ulubione neo-kosmische. Może nie jest to ideał, może rozumiem ludzi, których nudzi ta formuła i na przestrzeni całej płyty poddają się. Ale ja tam się wybawiłem. Nabawiłem. Oj, wiecie.

10. Profesjonalizm: Chopin Chopin Chopin
W świecie ekscytacją mondeo jazzem (Jazzpospolita, Jaga Jazzist), Profesjonalizm odstaje i może być co najwyżej mondo. Duchowo bliżej jest do avant-fusion Spisku Sześciu, czy flirtami z no wave, podobno konserwatywno-katlickiej, formacji Tie Break. Już pierwszy utwór, nazwany po prostu “Długi”, to przemarsz melodii nieodległej wczesnym, nowojorskim latom Milesa Davisa, która tnie się, zatrzymuje, rozpoczyna, staje na głowie i układa przedziwne figury geometryczno-stylistyczne wg. klucza znanego tylko Maseckiemu, liderowi grupy, a mimo to zachowuje klarownośc kompozycji i lekkość (przez 11 minut, tytuł zobowiązuje). Chopin Chopin Chopin to płyta naprawę gigantyczna w formie i wyrazie, i na dobra sprawę zupełnie nie rozgryziona. Pozostaje mieć nadzieję, że cynizm przyszłych pokoleń spowolni przemiał muzyki i ktoś pochyli się nad tym krążkiem robiąc jego porządną ewaluację. Pokolenie JP nie ma czasu.

9. Alva Noto: univrs
Noto na chwile zapomina o matematycznych glitchbientch i postanawia zagrać nam taneczną faksotronikę. “Robots doing the nasty”.

8. Octo Octa: Rough, Rugged, And Raw
I choć tytuł płyty może zapowidać film z Vin Dieselem, porno z lat 70, albo zbiór nudnych dem – ten idiotycznie późny album-kompilacja (ma ile, tydzień?) zaskakuje sprawnym ujęciem tytułowego tematu. Jeżeli z wypiekami na twarzy czytaliście “Energy Flash” Simona Reynoldsa, jaracie się wczesnymi Warpami, czy też ogółem lubicie techno – Octo Octa wyciąga pomocną dłoń z fluorescencyjną lską, tabletką i skrętem na zejście. W porównniu z EPką wymiękły implikcje chillwave’owe i house a’la FashionTV, zyskała taneczność, a zamknięcie wszystkiego w jednym długim miksie daje przyjemne uczucie niekończononości.

7. Sea Oleena: Sleeplessness
Eteryczna kanadyjka przypomina wrażliwą przez którą niektórzydo dzisiaj uganiaja się za siusmajtkami z Sigur Rós. Zaskakująco sprawne (mamy 2011 rok!) połączenie folktroniki z dreampopem, w dodatku nagrana w sypialni, czyli tak jak się POWINNO nagrywać płyty by być pra

6. Ming Ming: Ultrameta OK
Mingley brzmi na tej płycie jak rozkręcony, złowieszczy Com Truise, który zamiast się czilować, woli nas straszyć. Porównałem wcześniej do przesterowanego finału „Windowlicker”, i choć zgadzam się wciąż, to trochę spłycenie tej zupełnie autnomicznej gryzącej syntezatorami płyty. W dodatku, na koniec dorzucono 9 minut psychodelicznego mastrepiece’u o którym pisałem w zeszłym roku. Konkret.

5. Piętnastka: Dalia
Wciąż uważam tego rodzynka za pobratymca prymitywnej elektroniki i minimalowego idmu. Wiem, że powinienem już zmądrzeć, dorzucić folk, wtajemniczonym tonem nadmienić pobrzmiewające In C i wspomnieć coś o jazzowych inklinacjach, ale nadal wydaje mi się, ze to taki komputerowiec bez sekwensera. Taki nasz mały, własny fenomen.

4. Internet: Purple Naked Ladies
Odd Future wchodzi w gładkość. Syd i Matt wyprodukowali (przede wszystkim) tak soczyście słuchalny i słuchawkowy, że jakiekolwiek przejawy (mitycznego) songwritingu zdają mi się drugorzędne. Że refren gdzieś nie domaga? Że gdzieś domaga? A słyszałeś jak spreparowali perkusje? Jak ubarwili synthy? Wspaniały trippujący post-soul. Reszta powiewa.

3. Toro Y Moi: Underneath the Pine
Serio ktoś woli jak Chaz próbuje grać glitch-pop w FL Studio, niż gdy zaiwania najsmoothlejsze dream-funki o analogowej ciepłości? Nie pomogę mu zatem. Dla mnie to na tym krążku zrodził się najprawdziwszy talent. Zestaw rhodes+suchy bas i treblowa perka, wspomagane zaspanym głosem ujmuje nie sto razy bardziej. Jeszcze te melodie. Te melodie.

2. Peaking Lights: 936
Aaaah, wspaniałość tego albumu. Jego głęboka basowość wciągająca bardziej niż narkotyki, które ją spowodowały. To chyba największe zaskoczenie całego sezonu. Na debiucie małżeński duet zapodawał jakieś nudne avant-folki, a tutaj pełna amatorotronika z tymi basami i tamtymi melodiami. A teraz awansowali do indie mejdżersa i strach się bać, co z nich będzie.

1. Bullion: You Drive Me to Plastic
TAK! Nie mogło być inaczej. Swój album roku poznałem w styczniu. Smutne to, choć stałość tych uczuć jak dla mnie dowodzi powagi sytuacji. Połamane funki sklejone w jeden długi miks. Każda sekunda napakowana jest piętrowymi hookami, małymi radościami i innymi na wskroś tęczowymi rzeczami o których pisanie jest dla mnie trochę już nudne. Więc po prostu słuchajcie i przejrzyjcie na uszy w końcu. Płyta. Roku.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Connecting to %s