Największy problem z Beardymanem jest taki, że na żywo to geniusz muzycznej komedii. Jego nieograniczone możliwości jak beatboxera przerażają swoim tehcnicznym kunsztem i bawią wyczuciem i wykorzystaniem humoru. Polecam jego kanał na Youtube. na płycie żarty są zepchnięte do rodzaju klozetowego ornamentu, a pierwsze miejsce przejmuje muzyka. nie powiem, mieszanka jest eklektyczna. jest i chamski wob wob dubstep, drukqsowe wygibasy, soulo-stepy, glitche, tańce, hulanki, swawole. Tylko, że to NIE JEST to, za co go pokochałem ja, czy setki tysięcy innych ludzi. I choć I Done A Album to najsolidniejsza z mozliwych porcja składankowo-eklektycznego elektroniko-muzykowania, to po prostu nie ma tego czegoś. Tego spontanu, tej bezczelności, elastyczności. Rzecz jest fajna i na swój sposób ważna (to jest chyba jedna z najjaśniejszych postaci muzyki syntetycznej), ale daleko jej do osiągnięcia poziomów zadowalających. Gościu wymiata, nie zrozumcie mnie źle, ale jednak wciąż odeśle was bardziej do jego setów niż tego tu krążka. Wygooglajcie lepiej jego żarty z gabby. Lub obczajcie to poniżej.
[Sunday Best; 2011]