//
archiwa

Archive for

1005,5: 15 najlepszych płyt połowy 2011 r.

15. John Maus: We Must Become the Pitiless Censors of Ourselves
Nie tak dobry jak chciał bym, ale jak już złapie muze za.. cokolwiek można muze złapać, nie puszcza (via “Cop Killer” i  “Head For The State”).

14. Radiohead: The King of Limbs
Wciąż fajna, anty-fanowska płyta. Ani się nie pogarsza, ani się nie polepsza z czasem.

13. Ricky Eat Acid: Haunt U Forever >>
Z samplujących artystów zawsze miałem słabośc od tych nadużywających przesterow i brzmiących na wskroś amatorsko.

12. Beastie Boys: Hot Sauce Committee Part Two
Nie wiem jak oni to robią, ale puchar sie jarzy jak nie wiem co przy tym teoretycznie wtórnym i przegadanym albumie. Bogi jakieś.

11. Tim Hecker: Ravedeath, 1972 >>
Śliczny, choć jak zwykle z Heckerem jakoś nie mam nawyku do niekończącej się repetycji tego dzieła.

10. The Cars: Move Like This
Zmietli. A dziadki.

9. DannielRadall: Pardo >>
Emulatoropop w swojej najlepszej kreacji.

8. Je Suis France: Lets Give ‘em Something to Talk About
Niby składak, niby odgrzewane kotlety, ale jak idealnie ze sobą współgra.

7. Gatto Fritto: Gatto Fritto >>
Trochę indie-densu żeby nie było że się wywższam.

6. Sea Oleena: Sleeplessness >>
20 lat laska. Nie mam pytań.

5. Kevin Greenspon: Ad Seg >>
Zmiótł. Z The Cars powinni otworzyć firme sanitarną.

4. Peaking Lights: 936 >>
Mój kolega ma kilka firm, wielki samochód i zmienia mieszkania co pół roku, a to jest pierwszy album jaki mu puściłem, który polubił. O co z tym chodzi?

3. Ming Ming Dance Company: Ultrameta OK >>
30 minut pętli z ostatnich 2 minut “Windowlickera”.

2. Toro Y Moi: Underneath the Pine >>
Aja na XXI wiek.

1. Bullion: You Drive Me to Plastic >>
Wokabulacja legnie przy ogromie tej płyty. To jeszcze będzie klasyk.

Sea Oleena: Sleeplessness


Kanada wykupiła pakiet fajności na obecną dekadę i gdyby nie to, że mody powędrowały w inną stronę, byłaby druga Islandią. Magicznym krajem wielkich artystów. Ale nie będzie, bo w końcu duży kraj (= mało magiczny), a bliskość Wuja Sama odbiera jakąkolwiek egzotykę. Nie przeszkadza to jednak, po Tonetta’ie i Jefie Barbarze, wyskoczyć z kolejną perełką. Sea Oleena to projekt Charlotte Oleeny, która sama nagrywa przesliczne, rozmarzone utwory. Psychodeliczny dream-pop spotyka feak-folk i idą łeb w łeb. Wyraźna inspiracja bardzo wczesnym Sigur Rós (skłonnośc do pogłosowanego pianina żywcem wyjętego z Agaetis Byrjun) i Mum (dużo emotroniki znanej z debiutu), ale też chociażby tym inicjalnym, nagrywanym w łazience Cocorosie. Mimo wszystko jednak, najlepszym punktem odniesienia będzie Pygmalion Slowdive z jego ambientową stoickością (swoją drogą, czyżby kult tego albumu minął?). Piękna, piękna muzyka. Dla szaleńców na kasecie w Bridgetown (z zeszłorocznym Sea Oleena na stronie B), dla każuali za free na Bandcampie, z którego stream poniżej.

[Bridgetown; 2011]

Czyste szaleństwo

16 czerwca zmarł na zawał Larry ‘Wild Man’ Fischer. Jeden z najdziwniejszych muzyków-outsiderów jakich znam. Od dzieciństwa chory na schizofrenię paranoidalną i depresję dwubiegunową całe swoje życie spędził na ulicy lub w instytutach zamkniętych. Urodził się w 1944 roku, pierwszą wizytę w ośrodku dla umysłowo chorych zaliczył kiedy w wieku 16 lat po tym jak zaatakował swoją matkę nożem. Pod koniec lat 60. żył w Los Angeles, gdzie komuna hippisowska traktowała go jak maskotkę. Za wrzucenie mu drobniaków Larry “śpiewał” swoje piosenki na które składały się proste, niemalże dziecięce rymowanki i dużo krzyczanych ornamentów. W końcu odkrył go Frank Zappa, wydał i wyprodukował album w 1968 An Evening with Wild Man Fischer, który promowało hasło “coś nie do końca muzycznego”. Fischer rozczarował się, kiedy okazało się, że nie jest gwiazdą. Przyjaźń z Zappą skończyła się, kiedy w kolejnym napadzie rzucił słoikiem kilka centymetrów od głowy Moon Unit, córki Franka. Dalej Larry dryfował, nagrywając kilka dziwnych płyt, aż w 2004 roku jego rodzina umieściła go pod nadzorem lekarzy, leki zaczęły działać, a muza odeszła. Świetnie przedstawiono to w filmie “Derailroaded”, który polecam wielce. Jako mały hołd dla tej amuzykalnej osobowości, przypomnijmy może o innych muzykach cierpiących na schorzenia psychiczne.

Syd Barrett
Napisałem o Sydzie duży artykuł do Electric Nights, z którego jestem dumny, więc chyba jestem zmuszony was tam odesłać. Tam dowiecie się kogo zbił mandoliną i czy naprawdę spędził kilka miesięcy w zamkniętym instytucie w latach 80. Poza tym, za niecałe trzy tygodnie minie już piąta rocznica jego śmierci – więc temat pewnie jeszcze wróci. Syd zawsze wraca. A tymczasem, przepiękna, łamiąca serce piosenka zamykająca jego ostatni album z Pink Floyd. Nie wiem czy znam smutniejszy utwór.

Ronald Jones
Ronald grał w The Flaming Lips w latach 1991-1996. Wirtuoz efektów gitarowych zasłynął swoimi licznymi ekscentryzmami (odmawiał grania piosenek, które uważał za sprowadzające na zespół złą karmę; budził w środku nocy kolegów z zespołu wieszcząc, że kończy się świat; etc) aż w końcu rozstał się z nim z powodu paranoi związanej z Drozdem, wtedy uzależnionym od heroiny. Nie mówi się o tym oficjalnie, podobno z powodu szacunku do Ronalda, ale tak – nie był on zdrowy. I na tym, przez szacunek, zakończmy. Po The Flaming Lips nic już niestety nie robił. Żyje zaszyty gdzieś głęboko w USA.

Daniel Johnston
Historii o Danielu jest za dużo by je wszystkie tutaj wymienić. Powiedzmy, że depresja dwubiegunowe i kto wie co jeszcze nie obchodziło się z nim i ludźmi dookoła niego zbyt lekko. Co nie przeszkodziło mu w nagrywaniu fenomenalnych albumów, występów w MTV, doczekaniu się genialnego dokumentu “The Devil And Daniel Johnston” czy wersji swoich utworów w wykonaniu Becka, The Flaming Lips, TV On The Radio, Sparklehorse i innych. Daniel żyje do dziś, faszerowany lekami ma się dobrze, nagrywa i koncertuje. Jeden z niewielu, którym się udało.

Skip Spence
Alexander Spence, zwany kanadyjskim Barrettem, zasłynął jako członek i założyciel psychodelicznych Moby Grape i Jefferson Airplane. Chory na schizofrenię, lubujący się w LSD, miał nawyk rozwalania drzwi swoich kolegów z zespołu siekierą i posądzania się o bycie antychrystem. Jak głosi legenda, Skip pewnego pięknego dnia w grudniu 1968 roku wyszedł ze szpitala psychiatrycznego w piżamie, wsiadł na motor i pojechał nagrać swój jedyny solowy album – genialne Oar. Później był już tylko głównie bezdomny, aż niedługo przed śmiercią odnaleziono go w związku z tribute- albumem More Oar z 1996 roku na którym swoje wersje jego utworów zagrali m.in. Greg Dulli, Beck czy Tom Waits. On tez nagrał swoją piosenkę, industrialne “Land Of The Sun”, po raz ostatni w życiu. Zmarł na raka płuc w 1999 roku.

Gary Numan
Na początek chciałem tu dać Wesleya Willisa, ale postanowiłem pokazać, że nie wszystkie choroby psychiczne kończą się w ośrodkach zamkniętych po próbach zabicia kogoś z twojego otoczenia. Numan, pionier sci-fi new wave, ma Aspergera, czyli lżejszą formę autyzmu. Oznacza to, że raczej nie poprzytulacie się z nim i możliwe, że po 5 minutach oleje was i sobie pójdzie – ale jak widać po jego gigantycznej karierze, można z tym żyć.

Na koniec moja ulubiona piosenka Larry’ego. Bo w końcu to o niego chodziło od początku.

Follow

Get every new post delivered to your Inbox.