//
archiwa

Archive for

Peaking Lights: 936


Po zeszłorocznym, wyróżnionym u mnie w podsumowaniu So Unreal Not Not Fun wydaje właśnie kolejny psych-dubowy album. I znowu jest to jedna z ciekawszych propozycji tej zacnej wytwórni specjalizującej się w nieokreślonej muzycznej magmie zwanej eksperymentalną. Jeżeli tak jak ja lubicie dużo dziwnych spogłosowanych dźwięków, gęste, transowe rytmy i brzmienie jak z prób – witajcie w domu. To co na początku może wydac się trochę rozlazłe wciąga z imponująca precyzja i ujawnia dosyć konkretny talent do prowadzenie najniewdzięczniejszych z kompozycji – tych z niejasno określonymi zmiennymi, które w łatwy sposób zamieniają się w nudne dżemowanie. Ale nie tym razem. Wszystko jest jest na swoim miejscu.

[Not Not Fun; 2011]

Pandit: Eternity Spin


Jeżeli tak jak ja, widząc fikuśną okładkę, spodziewaliście się transgenderowego disco to dołączcie do mojej rozczarowanej grupy. Pandit to post-atlassoundowa minimalistyczna sypialniana psychodela w ofercie dla niepoprawnych marzycieli. Najlepiej wypada gdzie brzmi bardziej dream popowo niż w odjazdach, jak pokazuje “Skivvies”, które po niewielu modyfikacjach mogłoby spokojnie wejść do repertuaru choćby Neon Indian. Jak na klasyczne spogłosowane smutki trzeba przyznać, że wciąga niebezpiecznie i kto wie jaki rodzaj peanu może ze mnie wydobyć w bliższej tej muzyce nasłonecznionej scenerii. Wiosna cho.

[Waaga; 2011]



Minus Jenny

Zespoły i płyty znalezione przez przypadek zawsze cieszą w inny sposób.  Minus Jenny było po prostu wrzucone na jakiś prywatny serwer jako zajawki, jak mniemam, z innej strony której zlokalizować nie mogę. Co to zatem? Ano punkujące girlie indie ze śladami Sleater Kinney. Jedne kawałek zrobił na mnie gigantyczne wrażenie, jest poniżej. Jaki hałas, jaka surowość, jaki smutek w zdartym głosie. Szczerze mówiąc, czegoś takiego oczekiwałem od dziadziejącej (babiącej?) Elizabeth Powell z Land of Talk. Od tego zespołu już się niczego nie spodziewam, bo chyba już nie istnieje. Szkoda. Ciekawe, co robi Jenny?

[Nie działa stream, musisz ściągnąć!]

Monster Rally: Coral


Pseudo-tropicalia nu-exotica sampladelia zaczyna powoli byc regularnym nowym nurtem, które może ale nie musi wypchnąć chillwave swoją powolną ekspansją. Po zeszłorocznych Guido i Pill Wonder, w styczniu 2011 pojawia się Coral – debiut Monster Rally. 16 zdawkowych, wciągających utworów opartych na klasycznych gęstych rytmach i zwiewnej melodyce. Przypomina mi też jak chillwave zmienił podejście do tego co jest, a co nie jest utworem. Nikt się nie martwi już mostkami, wszyscy robią co chcą niczym Bowie robił w kwestii struktur utworów na pierwszej stronie Low. To wyzwalające.

[Gold Robot; 2011]

Fani Radiogłowych jadą do nikąd.

Nie chcę się bawić w recenzję tej płyty. Po wpisaniu “the king of limbs review” Google mówi, ze ma “Około 5,560,000 wyników”. A ja nigdy nie lubiłem tłumów.  Tak między nami, bardziej od jej zawartości śledzę ogólny szok kulturowy jaki zachodzi. Uwielbiam jak z tych wszystkich wrażliwych i otwartych ludzi wychodzi zunifikowany gimnazjalista w swetrze Nie Słuchający Popu.

Uwielbiam, czyli jestem zawiedziony tym głównie dlatego, że lubiłem myśleć o Radiohead  jako pewnego rodzaju dobrej sile w muzyce, która potrafiła typowo “rockowe serducho” przełożyć na język pesudo-bleepów i bloopów tak, że każdy słuchacz czuł się kosmopolitą, któremu SKAM i Warp nie są straszne. Zupełnie nie rozumiem dlaczego tak nie jest.

The King Of Limbs nie przychodzi z jakiegoś nowego miejca. To wszystko było gdzieś poupychane na b-side’ach i w sumie im dłużej obcuję z tym albumem tym bardziej jestem pod wrażeniem absolutnego porzucenia przez kwintet swojej najbardziej rozpoznawalnej strony. Swoich trademarkowych, siuśmajtkowych refrenów pełnych smutku tak przytłaczającego, że pogłębiającego depresję. Oni nie wyciągali tego smutku ze świata, oni go tworzyli. Poważnie. A na tym albumie tego nie ma, jest za to chłodny dystans, rytm, puls. Nie ma wpadających w ucho refrenów, emocjonalnych sloganów do cytowania na twitterze. Nic, w ogóle, zero. Może to jest problem. Ludzie najbardziej lubią się dzielić tajemniczymi zdaniami wyciągniętymi z tekstów piosenek. A tutaj mogą co najwyżej zastukać w biurko długopisem i zawyć do księżyca. To musi byc dla co po niektórych tragiczne. Nie ufajcie ludziom, którzy lubią tylko hooki.

Najbardziej absurdalnym zarzutem jest dla mnie brak gitar. No bo poważnie. 2011 rok! Radiohead nigdy nie byli zespołem stricte gitarowym, zawsze szli w stronę zespołów używających gitar na zasadzie generatorów odpowiednich tekstur niż skórzanych kurtek. Jasne, było trochę wymiatania, E i F#, solówek i power refrenów, ale na wysokości trzeciego albumu chłopaki stworzyli swoje laboratorium gdzie tworzyli dźwięki. Po prostu. Więcej używali klawiszy, czemu nikt nie płacze za nimi? Może być im przykro.

Druga sprawa to “brak zespołu”. Kurde, nie słuchałem The Eraser od LAT i w ogóle nie pamiętam jak leciał. Nieważne. Nie wiem czemu na tej płycie ma nie być zespołu. Colin już 14 lat temu miał kolorowe postitki na klawiszach basowego kiborda by odgrywać “Climbing Up The Walls”, czemu nie miałby mieć teraz na sekwenserach? Czemu te loopy nie miały by być wycinane z partii Phila? Czemu wszyscy zawsze myślą w tych idiotycznych rockowych kategoriach. Na płytach Smashing Pumpkins Billy Corgan gra wszystkio poza perkusją – czy to sprawia, że coś się nagle z nimi dzieje? Brzmią jak TheFutureEmbrace? Zwan? Może jak The Eraser?

Nie wiem czemu ktoś miałby być z powodu braku efektu 5 gości w sali prób zły TERAZ. Jasne, brzmi trochę jakby zespół nagrał swoje partie w weekend a potem Thom z “piątym Beatlesem” siedzieli 2 lata i je cięli. Ale nie do końca rozumiem, co świadczy o tym, że mógł robić to bez choćby Eda? Bo ma bicepsy? Litości.

Poza tym, Radiohead od DAWNA zdaje się pisać utwory na zasadzie pomysł Thoma > wspólne komponowanie > nagrywanie > układanie z tego wersji studyjnej. Naprawdę nie wiem skąd pomysł, że przy the King of Limbs było mniej zespołowej pracy nad kształtem ogólnym kompozycji niż na Amnesiac. Bo wyrózniony już drugi raz w jednym tekście o zespole, co moze byc jego personalnym rekordem, Ed w wywiadach płacze ciągle jak to demokracja nie zawsze zachodzi w zespole tak jak w definicji na Wikipedii? Ci najbardziej męscy zawsze okazują się na koniec mamisynkami.

Ogółem wszystko wygląda tak, że każdy kocha Radiohead za te same 20 piosenek i jest zawsze zaskoczony, że nie nagrali ich znowu tak samo na kolejny album. Do wyczerpującej sesji Kid A/Amnesiac zespół zdaje się głównie penetrować wątki z tamtego okresu swojej owocnej transformacji i nie wiem dlaczego fakt, ze na tym albumie zamiast w “Pyramid Song” poszli w “Fast Track” ma być taką wielką tragedią. Czy wszyscy fani zostali tutaj teleportowani z 1997 roku? Czy świat zawaliłby się, gdyby się okazało, że album wam się nie podoba, bo nie ma na nim aż tak dobrych piosenek? Czemu ktoś miałby to zwalać na brak czegoś fizycznego? Ho-ho, beriberi. Takiego wała!

Wywiad: Kevin Greenspon


Kevin jest z La Puente w Kaliforni. Ci dobrze nasłonecznieni zawsze tworzą ciekawą muzykę. Kevin jest z tych robiących naprawdę przepiękne ambientowe dźwiękobrazy. Na tyle, że postanowiłem go trochę pomaglować dla własnej uciechy i, być może, także innych. Bo jak by nie patrzeć, jest to jedna z ciekawszych rzeczy w organicznym ambiencie od czasów Basinskiego. Zresztą, robi nie tylko ambient, ale też gitarowy punk-pop i prowadzi jeden z najfajniejszych mini-labeli w danej chwili – Bridgetown. Śledząc rzeczy wydawane przez niego u siebie i w innych wytwórniach łatwo dojść do wniosku, że jest tam cała mikroscena niezwykle utalentowanych ludzi niczym dekady temu w Olympii czy Athens. Ancient Crux, Terrors, Jon Barba czy Vehicle Blues – sprawdźcie sobie wierzchołek. Wsiąknąć w świat Bridgetown to trochę jakby ożenić się z wielodzietną rozwódką i zostać prawnym rodzicem gromadki słodkich dzieci. Tylko, że to tańsze. I na dłuższą metę na pewno mniej kłopotliwe. W każdym razie.

[Ważne: Poniżej wersja angielska na prośbę samego przepytywanego. Mój angielski nigdy nie miał za zadania nikomu być pokazywany, więc z góry przepraszam ludzi władających tym językiem sprawniej niż ja. Co to uchybień w tłumaczeniu, pamiętajmy, licentia poetica, etc. Pisze, bo wiem, że jeżeli ktoś się przyczepi - będą to Polacy. Buzi]

[DEAR ENGLISH READING CROWD: THE ORIGINAL VERSION IS WAY BELOW]

* * *

Wydajesz się niechętny do rozmawiania o zespołach spoza gremium twoich znajomych i im podobnych. Uważasz wspominanie o mało znanych zespołach disco z lat 70. za denne czy po prostu nie koncentrujesz się tak bardzo na innej muzyce?

Lubię rzeczy każdego rodzaju. Słucham topowego popu/hip hopu/country/radia grającego adult contemporary w takiej samej ilości jak niezależnych/podziemnych rzeczy. Nawet częściej. Lubię mnóstwo rzeczy, ale uważam że masa artystów w erze blogowej dostała swój sukces na tacy, poprzez piosenkę na Myspace a nie przez urabianie się nakręcając koncerty, robiąc rzeczy samemu, jeżdżąc w trasy (które nie były ustawione przez menadżerów), etc. Nie lubię za bardzo takich zespołów ponieważ nie widzę w ich twórczości zbyt wiele treści. Ale nieważne, w dłuższym ujęciu, lubię to co lubię, będzie to Blink-182, typowy hit trance/rave, rocka z lat 90, czy totalnie smutną kasetę z harsh noisem. Nie obchodzi mnie skupianie się na jednym gatunku i bycie jakimś samozwańczym “ekspertem” aka muzycznym nerdem. Chcę mieć radochę, co staje się coraz bardziej trudne kiedy staję się bardziej i bardziej znużony i niezainteresowany słuchaniem nowych rzeczy. Prawda jest taka, że jestem raczej ukierunkowany i większości rzeczy które nie są nawet złe nie posłucham bo wolę swoje od dawna znane rzeczy. Ale prosto sprawę ujmując, ci kolesie to moi znajomi. Gadał bym o nich nawet gdyby nie tworzyli muzyki i nie zadawalibyśmy się razem.


“Exhibit” z kasety Unveiling

Jak nagrywasz? Masz wszystko uproszczone żeby nagrywać cokolwiek siedzi w twojej głowie używając kilku ścieżek czy jest to żmudny proces warstw i post-produkcji? Oraz, nagrywasz cyfrowo czy na taśmę? Każdy muzyk z USA którego zagaduję zdaje się posiadać Yamaha MT8X, a ty?

Chciałbym by to wszystko było uproszczone, gdzie mógłbym usiąść i nagrać kiedy chcę, być zadowolonym i mieć to z głowy, ale tak nie jest. Dla mnie, nagrywanie to bardzo czasochłonny proces opierający się na pisaniu, aranżowaniu i planowaniu. Samo nagrywanie jest bardzo stresujące ponieważ jestem bardzo wybredny i łatwo rezygnuję z rzeczy, które nie wychodzą tak jak bym chciał, zazwyczaj kilka dni po fakcie, więc zaczynam od początku. Wygląda na to, że nagrywanie czegokolwiek na zasadzie strumienia świadomości i wydawanie tego jest całkiem akceptowane w przypadku ograniczonych nakładów kaset i CD-rów, ale dla mnie to bezsensowne i nieimponujące. Wolę mieć piosenki, których konstrukcję będę mógł zmieniać, odtworzyć je na żywo. Nie jestem zbyt zainteresowany post-produkcją ponieważ ważne jest dla mnie abym mógł zagrać swoje piosenki na żywo, więc wolę nagrywać rzeczy mające w sobie coś z dziania się “tu i teraz”.

Nagrywam na połączeniu cyfrowych magnetofonów terenowych, kasetowych i mikrokasetowych, miksując je nie tylko na komputerze, ale też na klasycznym mikserze używając wzmacniacza lampowego dla elementów wymagających nasycenia i by to wszystko ze sobą połączyć. Uważam, że nagrywanie czysto cyfrowe brzmi bardzo sterylnie, a czysto analogowemu brakuje wyrazistości i dynamiki kiedy masz tylko podstawowy sprzęt. Lubię cechy obydwu, więc łączę je ze sobą. Nie mam za to Yamahy MY8X, ani nie znam nikogo kto ma.


“Tyrone” Nicole Kidman

Produkujesz innych? Twoje rzeczy brzmią wspaniale!

Dzięki, jestem zadowolony z brzmienia moich ostatnich wydawnictw choć wolałbym, by były trochę czyściej brzmiące. Produkowałem i grałem na pierwszych 3 albumach Nicole Kidman [właściwie Jon Barba - przyp.]. Nie lubię nagrywać ogółem, co dopiero innych. Wszystko musi być po mojemu, więc przynajmniej kiedy nagrywam siebie i nie jestem zadowolony, nie ma nikogo kto byłby zawiedziony czy nie zgadzał się gdy chcę z czegoś zrezygnować.

Jest jakiś klucz według którego wybierasz sposób wydania swoich rzeczy?

Różne z moich wydawnictw wyszły na dużej ilości formatów. Powiedziałbym, że ponad pół tuzina wyszło na kasetach, CD i CD-rach: Bracing, Corridor [udostępnione ostatnio za darmo - przyp.], Blue Crush, Golden Road, split z Cloud Nothings, 4 kasety skompilowane na In Serial. Nie chcę nikomu odmówić możliwości usłyszenia czegoś co chcą tylko ze względu na format. Niektórzy nie kupią CD/CD-r z wielu powodów. Trochę szkoda, bo pomimo że kasety to mój ulubiony nośnik, nie brzmią dokładnie i czysto dla dużej ilości rzeczy. Nie lubię winyli z wielu powodów, ale i tak nie stać mnie na ich wydawanie.

Występujesz na żywo dosyć często, nawet jeżeli tylko w pewnych częściach Stanów – jak?

Występy na żywo i możliwość konsekwentnego grania tras i odtwarzania piosenek są dla mnie bardzo ważne. Kiedy występuję, gram głównie rzeczy z różnych albumów z ambientem/kolażami jakie zrobiłem. Jest kilka utworów które gram tak jak pojawiły się na albumach, i są takie które przearanżowuję i łączę z innymi piosenkami i fragmentami piosenek, tworząc nową narrację. Można zobaczyć sporo z tego co grałem na żywo w tej serii klipów z moich występów w KXLU 88.9 FM Los Angeles. Kiedy występuję na żywo używam gitary, kilku efektów, nagrań terenowych, kaset i mikrokaset.

Mimo że moje pop punkowe kawałki zostały napisane w taki sposób że mogą być uproszczone i zagrane na jednej lub dwóch gitarach, bardzo rzadko grywam je na żywo ponieważ nie polubiłem grania z półplaybackiem który kiepsko słychać na żywo. Na ostatniej trasie grałem na gitarze z Nicole Kidman, co było podobne ale łatwiejsze, bo nie ma tam aż tylu warstw. Pracuję nad większą ilością pop-punkowych piosenek i mam nadzieję że Travis z Ancient Crux będzie grał na perkusji, a Bret z Trudgers zagra na drugiej gitarze na przyszłej trasie, może w to lato.


“Carpool Pepsi” ze splitu z Cloud Nothings

O twoim ‘ambientowym podejściu do nakładek gitar w pop-punku’ [cytat ze strony Kevina]. Cofasz się do swego rodzaju korzeni czy próbujesz nowych rzeczy?

Lubię też prostą muzykę i nie chcę się ograniczać do jednej rzeczy. Pop-punk naprawdę mnie spełnia i pozwala mi się z nim utożsamiać. Czasami gram power-chordy dla zabawy, ale kiedy nagrywałem piosenki na split z Cloud Nothings, nie byłem zadowolony z podstawowych nagrań. Pomyślałem, ze było by ciekawe żeby dodać 6 lub 7 partii gitar i sprawić by były teksturami poszerzającymi melodie bez bycia wyraźnymi lub czystymi. W rezultacie powstały bezpośrednio brzmiące piosenki z dużą ilością ukrytych dźwięków pod spodem.

Bałeś się wydać po prostu piosenki, jak najeżone nakładkami by nie były, z tekstami i śpiewaniem? Osoby grające instrumentalną muzykę zazwyczaj chowają się za swoimi rzeczami w przeciwieństwie do bardziej konwencjonalnych i bezpośrednich songwriterów – bałeś się, że ludzie mogą na to źle zareagować, nie polubić tego?

Nie myślałem o tym wcale kiedy robiłem te piosenki. Było po prostu fajnym pomysłem pracować nad muzyką która na pierwszy rzut oka w ogóle do mnie nie pasuje. Zacząłem je pisać ponad rok temu i nie myślałem, że zbyt wiele osób je usłyszy. Myślę, że żadne z moich muzycznych alter-ego nie jest próbą ukrycia czegokolwiek, raczej dwie różne wersje tej samej osoby, pokazujące różne elementy ze swojej perspektywy.

Banie się o to, ze ludzie mogą nie polubić twojej muzyki to tylko przeszkoda która powstrzymuje artystów przed przekazania tego co naprawdę chcą przekazać swoją sztuką. Gdyby nikt nie lubił moich pop punkowych kawałków nie znaczy to, że nie miałbym frajdy grając je czy nie uśmiechał się jak radosny idiota kiedy nagrywałem bębny z Travisem [Von Sydowem] i słuchając pierwszych miksów. Nie ma znaczenia czy ktoś utożsamia się z depresyjnymi, rozpaczliwymi aspektami moich ambientowym i kolażowych utworów ponieważ są to dla mnie osobiste wydawnictwa. Świadomość tego że są ludzie którzy rozumieją co robię i przychodzą zapoznać się na trasie lub piszą emaile jeżeli są z innego kraju jest zachęceniem by dalej głosić to co chcę przekazać. To, że są ludzie myślący tak jak ja dodaje mi otuchy…  ale nie przestałbym gdyby ich nie było.


“Machine Shop” z kasety Rose Window

Masz dużo konkretnych, spójnych wydawnictw. Pracujesz na pojedynczych piosenkach i łączysz je ze sobą czy raczej masz już w głowie album/ep kiedy piszesz/nagrywasz?

Pracuję nad wszystkim z wizją całość. Robienie dowolnych utwór i wrzucanie do jednego worka by coś wydać nie ma dla mnie takiej samej wartości. Rzadko pracuję nad wieloma albumami jednocześnie ponieważ wizje i moje podejście mogą przez to ucierpieć. Każdy album który zrobiłem ma konkretne historie i przesłanie, dlatego piosenki muszą być ze sobą powiązane i pochodzić z jednego nastawienia. Mimo, że próbuję konkretne rzeczy na temat moich wydawnictw utrzymać w niejasności w nadziei, że ludzie dojdą do swoich własnych wniosków i osobistych powiązań, nie będę ich ukrywał jeżeli ktoś się ze mną skontaktuje i będzie bardzo chciał się w nie zagłębić.

Załóżmy, że Steely Dan proponuje ci wydanie ekskluzywnej kasety z ich nowym materiałem w Bridgetown, co byś zrobił? Jesteś otwarty na wszystkie propozycje czy bardziej zainteresowany wydawaniem nieznanych zespołów?

Widziałem już wcześniej te nazwę ale nie słyszałem Steely Dan aż nie sprawdziłem ich teraz na YouTube i nie jest to coś w moim stylu. Najważniejsze dla mnie jest żebym lubił tę muzykę i złapał z nią jakąś relacje, czy znalazłem ją sam czy sami przyszli.

Ale szczerze mówiąc, nie lubię kiedy nieznajomi wysyłają mi mejle i próbują coś u mnie wydać jakbym był jakimś biznesem. Nigdy niczego nie wydałem w oparciu o to co inni o tym myślą, albo bo jakiś zespół którego nie znam miał jakąś fajną piosenkę. Mówiłem już w innych wywiadach, że mój label jest niesamowicie osobisty i taka jest prawda. Znam prawie wszystkich artystów [wydawanych w Bridgetown] osobiście, nawet tych z innych stanów. Zawsze jest jakiś rodzaj połączenia będącego podstawą wszystkiego co wydaję: słyszałem ich demo, mamy wspólnych znajomych, graliśmy razem koncert, wymienialiśmy się albumami, polubili jakieś wydawnictwo i zaczęliśmy rozmawiać, etc.

Nie jestem przeciwny wydawaniu czegoś dla kogoś znanego (choć to może wiele znaczyć), kogo lepiej poznam, ale w większości przypadków moi znajomi są nieznani, i mało kto słyszał ich muzykę. Nie jestem właściwą osoba dla zespołu, który chce by masa ludzi ich usłyszała i by zrobili się popularni czy coś tym stylu. Ale dla innych, to właściwe miejsce by zostać usłyszanym i docenionym przez ludzi spoza ich znajomych.

* * *

ENGLISH VERSION

You seem pretty relucant to talk about bands outside your friends circle or other contemporaries. Do you find the namedroppings of obscure disco bands from the 70s dull or are you just not really that focused on other music?

The thing is that I like stuff from all styles. I listen to top pop/hip hop/country/adult contemporary FM radio as much as I listen to underground/independent stuff. Definitely more most days. I like lots of stuff, but I think a lot of artists in this new blog age got their success handed to them by having a song on myspace and not from busting their asses booking shows for touring acts, doing stuff themselves, going on tours (that weren’t put together by booking agents), etc. I don’t really like a lot of those bands because I can’t find a lot of substance in most of their work. But whatever, in the long run, I just like what I like, whether it’s Blink-182, some really typical trance/rave hit, 90s rock, or a totally depressing harsh noise tape. I don’t care at all about focusing on one genre and being some self-proclaimed “expert” aka music nerd. I just want to have fun with it, which is becoming increasingly hard the more I get jaded and disinterested in hearing new things. Truth is I’m pretty set in my ways and most stuff that actually isn’t even that bad, I won’t listen to because I’d rather stick with my longtime standbys. But simply put, these guys are my friends. I’d talk about them if they didn’t make music and we didn’t hang out.

How do you record? Do you have it all dumbed down so you can justrecord whatever is in your head using a few tracks or is it a slow process of layers and layers and post-production? Also, is it all digital or are you actually recording on tape? Every artist from the US I approach seems to own a Yamaha MT8X, do you?

I wish it was a dumbed-down situation where I could just sit and record any random time, be happy and be done with it, but that’s hardly the case. For me, recording is a very time-consuming process that depends on writing, arranging and planning. The actual act of recording is often stressful for me because I’m very picky and quick to scrap anything that doesn’t work just the way I want it, often days afterwards, so I start over from scratch frequently. It seems like sitting down and recording whatever comes out of a stream of consciousness and then releasing it is pretty well accepted for limited run tape and CDr releases but it’s pointless and soulless to me. I prefer to have songs that can be re-structured, reproduced in the live setting. I’m not so into post-production because it’s important to be able to perform live, so I prefer recording songs that have that sense of “now” and “in the moment.”

I record on a combination of digital field recorders, cassette tape and microcassette tape, mixing them not just digitally on a computer, but also on a standard mixer and using tube amplification for elements that need saturation and to blend things together. I think that recording purely digital is very sterile sounding, and purely analog lacks clarity and dynamic range when all you have is entry-level equipment. I like characteristics of both, so I prefer to combine the two. I don’t have a Yamaha MT8X or know anyone who does though.

Do you produce others? You have such a great sound on your releases!

Thanks, I’m happy with the sound on most of my more recent things though I wish they could have been cleaner. I produced and play on the first 3 Nicole Kidman albums. I don’t really like recording at all, let alone other people. Everything has to be my way, so at least if I’m recording my own stuff and unhappy with it, there’s no one else in the equation to disappoint or disagree with when I want to scrap something.

Do you have a key for choosing the medium of your release?

Several of my releases were on multiple formats. I’d say over a half dozen were on cassette and CD or CDr: Bracing, Corridor, Blue Crush, Golden Road, split with Cloud Nothings, the 4 tapes that were collected on In Serial. I don’t want to alienate anyone from not being able to hear something they might want to just based on the format it’s on. Some people will not get CDs/CDrs for a number of reasons, which is a shame because while cassettes are my favorite format, they aren’t as accurate sounding and don’t have the same clarity or dynamic range for a lot of stuff. I don’t like vinyl for a number of reasons and can’t afford to release it on my label anyways.

You perform live quite often, even if rather around certain parts of the US – how do you make it work?

Live performance and being able to tour consistently and recreate one’s songs is very important to me. When I tour, I mostly play pieces from various ambient/collage albums I’ve done. There are a few songs that I prefer to play very closely to how they appear on the albums, and there are some that are rearranged in conjunction with various other songs and sections from them, constructing a new narrative. You can see much of what I have done live in this series of videos from my performance on KXLU 88.9 FM Los Angeles: (http://www.youtube.com/watch?v=wC52nuqosKQ). I perform using a guitar, a couple of pedals, field recordings, cassette tapes and microcassette tapes.

Though my pop punk songs were written in ways that can be stripped down performed live with only one or two guitars, I very rarely play them live because I didn’t like playing with backing tracks and had trouble hearing them at shows. On my last tour, I also played guitar with Nicole Kidman, which was similar but easier since there aren’t so many layers. I’m working on more pop punk songs and hopefully having Travis from Ancient Crux be my live drummer and Brent from Trudgers play second guitar for a future tour, maybe this Summer.

About your ambient collage approach to the layers of guitar in ‘pop/punk’. Are you going back to some sort of roots or trying out new things?

I like simple music too, and don’t want to limit myself to any one thing. Pop punk is really fulfilling and relatable to me. Sometimes I just want to play power chords for fun, but when I was recording the songs for my split with Cloud Nothings, I wasn’t happy with having basic recordings. I thought it would be interesting to do 6 or 7 guitar parts and work on many of them being textures that enhanced the overall melody without being distinct or pristine. The result were straightforward sounding songs with lots of hidden notes bubbling underneath.

Were you afraid to release straight up songs, as layered as they are, with lyrics and singing? Instrumental artists tend to hide behind their work as opposed to more straightforward and conventional songwriters – were you afraid that people may react in a wrong way, not liking it at all?

I wasn’t thinking about any of that stuff when I did those songs. It was just a fun idea to work on some music that seems like an unlikely match at first glance. I started writing those songs well over a year ago and didn’t think that many people were going to hear them. I feel like neither of my musical alter-egos are a facade to hide anything, but instead are two different views of the same person, exposing different elements from each perspective.

Worrying about people not liking your music is just an obstacle that’ll prevent artists from saying what they really want to say with their art. If no one liked my pop punk songs, that doesn’t mean I wouldn’t have fun playing them at home or grinning like a gleeful idiot when I was recording drums with Travis [von Sydov] and hearing the first mixes. It doesn’t matter if no one else relates to the depressing, hopeless aspects of my ambient and collage pieces because it’s a personal release for me. Knowing that there are people who do connect with what I do and come meet me on tour or write me an email if they’re from another country is just encouragement to keep saying the things I need to say, it’s comforting to know there are other like-minded people all over… but I wouldn’t stop without them.

You have lots and lots of distinctive, cohesive releases. Do you work more on single songs and group them together or rather have a whole ep/album in mind when writing/recording your songs?

I work on everything with the vision of its completed whole. Doing random songs and just sticking them together to churn out releases doesn’t have the same meaning to me. I rarely work on multiple albums at the same time because the visions and my approach will suffer out of conflict. Every album I’ve done has distinct stories and messages, which is why the songs
have to be related and coming from the same mindset. Though I try to keep those specific aspects fairly ambiguous on the final release in hopes that people will draw their own conclusions and personal connections, I’m not going to hide them from someone who gets in touch and really wants to pick my brain.

Let’s say Steely Dan hits you up with an offer to release an exclusive tape with their new songs on Bridgetown, what would you do? Are you open to anything or are you more into getting unknown bands out there?

I’ve seen the name around before but never heard Steely Dan until looking up a song on Youtube right now and it’s not my thing. The most important thing is that I like the music and relate to it, whether I found it on my own or it came to me.

But to be honest, I don’t like when strangers email me pitching a release like I’m some kind of business. I’ve never put something out based on what other people thought about it or because some band I never heard of had some cool song. I’ve said in other interviews that this label is extremely personal and that’s the simple truth. I know almost all of the artists in
person, including many of those in other states. There’s always some sort of connection underlying the foundation of a release I’ve put out: I heard their demo tape, we had mutual friends, booked a show together on tour, traded albums, they picked up some releases they liked and we started talking, etc.

I’m not opposed to putting something out for someone that is well known (though that term can mean a lot of things) that I get to know as a friend but for the most part, a lot of my pals are unknown, and few people have heard their music. I’m not the right label for a band who wants tons of people to hear their music and to get big or anything like that. But for others, it’s a good fit to be heard by a few people who will appreciate what they’re doing outside of their previous circle of friends.

Monroeville Music Center: Generic Product


Kojarzycie tych wszystkich wizjonerów lat dawnych, jak kosmicznego Joe Meeka, rozszerzającego znaczenie moogów Gershona Kingsleya i innych takich trochę oderwanych wizjonerów? Do tej ery bezkresnego podbijania świata zdaje się nawiązywać  projekt Monroeville Music Center. Wszystko brzmi i jest napisane jakbyśmy nie mieli za sobą lat ewolucji muzycznej w każdym kierunku. Inżynieria dźwięku jest cudownie siermiężna (brzmienia loopów z tła jakby złapane mikrofonem z niewytłumionego pokoju), a melodie zazwyczaj wygrywa retro-sci-fi brzmiący klawisz mogący być równie dobrze analogowym. Oczywiście, jak opadnie już emocjonalność retro robi się z tego trochę sampladelia nieodległa od Ming Ming Dance Company czy Coyote Clean Up, z tą różnicą, że nie ma w niej nostalgii. Jest coś w rodzaju radości z wyprawy w nieznane znane z twórczości artystów przywołanych na początku tekstu. Cokolwiek tu zachodzi, jest tak zmyślne, że nie ma co analizować, naprawdę.

Duch schodów: W sumie jest to najoczywistsze skojarzenie, tak bardzo, że aż do mnie doszło dopiero kilka godzin później. Generic Music to przede wszystkim tribute dla tzw. library music. Anonimowych utworów wykonywanych przez anonimowych ludzi i wydawanych na anonimowych płytach, których fragmenty wykorzystuje się w tłach show radiowych, filmów, sitcomów. Nie od dzisiaj wiadomo też, że to w takich okolicznościach powstawało dużo muzyki jak na swoje czasu eksperymentalnej i nowatorskiej, niejako ‘wolnej’ z racji swojej natury. Odbiegam od tematu. Ściągajcie Generic Music. Warto.

[AMDISCS; 2010]

[DOWNLOAD]

Make Out: How To EP


Wygląda na to, że kiedy Jesper wspominał nagrywanie z Kate Pierson (“Take My Time” z Hey Hey My My Yo Yo) jako jedno ze swoich najfajniejszych wspomnień nie kokietował, bo nowy zespół to właśnie taki new wave’owy pop na gitarach z wokalami jak z “Love Shack”. Debiutują właśnie króciutką, trzyutworową epką opartą na hicie wyjściowym “I Don’t Want Anybody That Wants Me” szalejącego u mnie w Winampie od wczesnego grudnia gdzieś. Dobrze wiedzieć, że melodyczny magnetyzm z piosenek Junior Senior może zadziałać nawet w takim zestawieniu, bez nacisku na zabawę i taneczność, za to z gigantyczną energią. Te piosenki cię NOSZĄ.

[; 2011]

[Stream całości]

Ancient Crux: Stage Fright


Na początku solowy projekt Travisa Von Sydowa (nazwisko otwierające drzwi, co?), a teraz już chyba regularny zespół, wydaje za pośrednictwem Hi Shadow Music normalną wersję swojej zeszłorocznej CD-R epki [via Bridgetown połączone z koncertówką Live in LA] i to na kasecie. Pochylmy się więc.

Przede wszystkim chciałem jednak dać znać o fenomenalnym i niezauważonym Interracial Coupling, prawdopodobnie jednym z niewielu nowych stricte gitarowych wydawnictw pod którym podpisałbym się rękami i nogami. Ludzie najczęściej przyrównują je do Roya Orbisona, ale ja zawsze słyszałem tam nasz rodzimy BigBit. Fenomenalne “In Teen Dreams” brzmi jak mogłiby brzmieć chłopcy z Czerwonych Gitar, gdyby urodzili się lub chociaż przenieśli w okresie To Właśnie My do San Francisco. Fascynująca konotacja. Z innych ciekawych mamy choćby ugrzeczniony Brainiac z rozdygotanym syntezatorem i upiorna nucanką w “Coupling” czy to słodkie i minimalistyczne Modest Mouse okresu Sad Sappy Sucker w “Pressure” (riff jak jakiś zaginiony klasyk brzmi). Bardziej sprzyjający okres wydawniczy i to byłoby wymieniane jednym tchem z zespołami bazowymi 90s indie.

Stage Fright jest już trochę poważniejszą historią. Na debiucie mieliśmy tak radosną młodzieńczość (Travis miał, ile, 18 lat jak ją nagrywał?), a tutaj granie samo w sobie jest bardziej zwarte, a i piosenki zdają się być bardziej przemyślane i mniej spontaniczne, za to podrasowane choćby post-punkiem. Ale nie odbierajcie tego jako ganienie, to wciąż jeden z OSTATNICH takich zespołów, które WARTO.

[Hi Shadow; 2011]



“In Teen Dreams” z Interracial Coupling



“My Pillars of Shame” ze Stage Fright

Toro y Moi: Underneath the Pine


Podsośnie
kupiło mnie strasznie, jestem zaskoczony wielce. Chyba każdej osobie, chcącej słuchać czy nie obwieściłem moje zdegustowanie histeryczną halucynacją na temat Causers of This, a tu klops. Podoba się. Nawet ciamajdowaty głos. Cały album ma znacznie mniej spójną (=nudną) narrację niż poprzednik, a ożywienie wszystkiego proto-frenchtouchem spod znaku “The Fez” pozwala nie tylko na nieuśnięcie, ale też niejako wciągnięcie się. Zupełnie poważnie może to być jedna z moich płyt roku. Z tego się śmieją co się nie śmiał ostatni.

[Carpark; 2011]

Follow

Get every new post delivered to your Inbox.