Indefinite Hiatus

Napisałem dwie, długie recenzje – Plug i Lindstrom. Świetne płyty. I doszło do mnie, że nikomu nie będzie się chciało ich czytać. Nie, inaczej. Mnie by się nie chciało, gdyby ktoś inny je wrzucił. Patrząc też na to, że każdy z większych projektów jakie miałem nie wypalił bo traciłem zapał w połowie (i juz nigdy nie doweicie się jakie perełki Rephlex i Skam chciałem polecić na 20-lecie labeli; no dobra Ffreesh!, Cylobian Sunset i Corrupt Data Instrumentals, ale to tylko SAMPEL). Poza tym, u

Także idę zrobić sobie kilkumiesięczny HIATUS.

Moda na reaktywacje w pełni, więc pewnie spotkamy się na wiosnę czy coś. Albo w ogóle. Ktoś będzie tęsknił? Meh.

W razie gdyby, pewnie będę pisał dla Electric Nights to, co pisałbym tutaj. Choć pewnie wcale nie będę znowu tak dużo pisał.

W bonusie 5 filmów, które ostatnio widziałem, i które polecam:
Soylent Green (1973)
Trucks (1997)
SLC Punk! (1999)
This Is England (2006)
Carnage (2011)

Xoxo/11

Pierwszy tydzień stycznia to ten dziwaczny okres zawieszenia, kiedy wszyscy zdają się jeszcze tworzyć post-sylwestrowe memy i nikt tak na dobrą sprawę nie myśli jakie post-sylwestrowe memy pojawią się w roku 2013. Czas, kiedy hajpmaszyny śpią, a hajpobiorcy przerzucają końcoworoczne listy. I to jest świetny moment, by wymienić rzeczy z minionego roku, które warto wspomnieć, a nie zmieściły się nigdzie.

eMagazyny
To jest przewrotne trochę z mojej strony, bo w końcu i Electric Nights, i Machina zwinęły się, ale to był w sumie fajny rok dla tzw. “prasy”. Poszukiwania alternatywy dla dogorywającej formuły portalu muzycznego, trwają. Jednak to co mnie naprawdę urzekło, to fakt, że czasy pisania o muzyce za darmo mijają. I choć styczeń zaczyna się odpływem, to myślę, że choć trochę  pokazano, że praca na kasie w supermarkecie i teksty dobrej jakości po godzinach to mit większy niż średnia krajowa.

Zosie samosie
Nawet nie wyobrazacie sobie stresu, który towarzyszy ściągnięciu geja z Kanady na koncert w tak konserwatywnym mieście jak Łódź. A udało się i to bez elektro-wkrętów i innych takich klasycznych “scena gra dla sceny” akcji. Poza tym, niech ktoś zacznie doić te złotą krowę jaką odkryłem w tym roku, czyli koncerty one-man-bandów. Przecież te pół-plejbeki to NAJLEPSZE co można zrobić w tych naszych wiecznie słabo brzmiących klubach, w których perkusja zawsze niszczy wszystko, i nikt niczego nie umie ustawić. Więcej Juvelenów, więcej Maxów Tundrów, więcej wszystkiego.

Generation Next
Pamiętacie te reklamy Pepsi? Ze Spice Girls? Muw ołwer jejeje? W każdym razie. Kaseciarz, Armando Suzette, Chłopomania, po jakiejś części wydawnictwa Sangoplasmo – to są nadzieje na lepszy rok i leki na całe zło. Polacy otrzaskują się z ideą wykorzystania “domowego studia” (czyli FL Studio, komp, słuchawki Seinheiser i ew. midi kontroler) do czegoś innego niż klejenia electro. Nienawidze electro. W każdym razie, chodzi o to, że choć z opóźnieniem, dociera do nas SPRYT. I to mnie cieszy bardziej niż przeceny w Saturnie (4 Eno po 20 każdy, 4!).

I to chyba tyle z plusów. Daruję sobie dla odmiany minusy. Na co komu one.

Top 20/11: Albumy

Z czeluści sylwestrowych przygotowań czas zakończyć tegoroczne zmagania z muzyką, dla której to rok był nad wyraz Chojny, gdzie mieszkam. Nie przypominam sobie bym KIEDYKOLWIEK mógł ułożyć listę TYLU płyt i płytek, zostawiając sobie jeszcze zaplecze na margines błędu. Nie słuchałem jakoś nazbyt obsesyjnie, w sumie to był chyba najbardziej wyluzowany rok od kiedy pamiętam, ale co go odróżniało od poprzednich to fakt, że prawie każdy strzał był celny. I nie wiem, czy to wina ślepego szczęścia, intuicji czy też może tego, że zła muzyka została w 2010. Nawet najgorsze rzeczy, jakie mi wpadły w ręce (choćby Wobble z Campbell, nawet Skrillex!) były totalnie do przeżycia. Zero agonii. Czyżby zbliżał się koniec świata?

20. Kunlun: Kunlun II
30 minut chropowatych trzeszczących i drone’ujących loopów. Nieczęsto tego typu rzeczy udają się w ogóle, jeszcze rzadziej tak dobrze.

19. The Cars: Move Like This
Kurde, ja wiem, to dziadki są. I te piosenki są takie jak 30 lat temu. Ale jest to nieczesty przypadek, kiedy takie coś się faktycznie udaje. I tutaj należy czoła uchylić.

18. Tiger & Woods: Through the Green
Kolejny festiwal pętli, tym razem tanecznych, z francuskim posmakiem. Pogrobowiec Daft Punk, który brzmi lepiej niż słynny duet. A nie, czekajcie oni jeszcze grają? Niezręcznie.

17. Je Suis France: Lets Give ‘em Something to Talk About
Kompilacja nagrań z niezliczonej ilości EPek, choć nie do końca best-of (gdzie jest “Pressurewash My Soul”?), świetnie spełnia rolę czwartej oficjalnej płyty roztrzepanego kolektywu. Zza fasady zabawowej, jak się wsłuchać, mamy chyba tekstowo najsmutniejszą i poważną płytę (nawet wyróżniające się shit-punkowością w tej krainie indie-folku “Get Liberal”, choć brzmi jak żart, mogłoby być czymś w rodzaju hymnu cynicznych konserwatystów) o smutkach, rozterkach i śmierci. Nie ukrywam, wzrusza mnie ten krążek, nawet jeżeli ich rozterki dalekie są od moich własnych.

16. The Kurws: Dziura w Getcie
Wciąż wspaniale chropowate, zwierzęce i surowe anty-post-wszystko. Najciekawsza gitarowa płyta jaką słyszałem w tym roku, jak by nie patrzeć.

15. Mark E: Stone Breaker
Disco-house z zaskakująco dużą ilością tak zwanego napierdalania. Takie „Belvide Beat” np. Zestawia ze sobą klasyczny 4 stopy i pętlony bas z kanonadą talerzy i acidowymi syntezatoramy. Czysta przyjemność, Marku. Czysta.

14. Wagon Christ: Toomorrow
Z oparów hashu wyłania się kolejny album Luke’a Viberta. Toomorrow to pełny luz i lepkie funki. Można dostać munchies od samego słuchania.

13. Kuedo: Severant
To chyba mają być footworki czy coś, ale ja tam słyszę nostalgiczność wyniesioną z Boards of Canada z szybkimi hajhetami. W tym dobrym sensie, oczywiście.

12. Byetone: Symeta
Najbardziej podoba mi się ta delikatnie wystająca zza eklektronicznego łup łup krautrockowa natura tej płyty, która wpuszcza w nią tzw. powietrze i jakby nadaje trochę szerszy wymiar. Zamiast kolejnego raster-notowego minimal-techno mamy w sumie skuteczne odniesienie do pionierów mutterlandu Byetone’a przy jednoczesnym zachowaniu sznytu wytwórni. I jak się lubi obydwa, jak ja, to nie może się nie podobać.

11. Gatto Fritto: Gatto Fritto
Wciąż moje ulubione neo-kosmische. Może nie jest to ideał, może rozumiem ludzi, których nudzi ta formuła i na przestrzeni całej płyty poddają się. Ale ja tam się wybawiłem. Nabawiłem. Oj, wiecie.

10. Profesjonalizm: Chopin Chopin Chopin
W świecie ekscytacją mondeo jazzem (Jazzpospolita, Jaga Jazzist), Profesjonalizm odstaje i może być co najwyżej mondo. Duchowo bliżej jest do avant-fusion Spisku Sześciu, czy flirtami z no wave, podobno konserwatywno-katlickiej, formacji Tie Break. Już pierwszy utwór, nazwany po prostu “Długi”, to przemarsz melodii nieodległej wczesnym, nowojorskim latom Milesa Davisa, która tnie się, zatrzymuje, rozpoczyna, staje na głowie i układa przedziwne figury geometryczno-stylistyczne wg. klucza znanego tylko Maseckiemu, liderowi grupy, a mimo to zachowuje klarownośc kompozycji i lekkość (przez 11 minut, tytuł zobowiązuje). Chopin Chopin Chopin to płyta naprawę gigantyczna w formie i wyrazie, i na dobra sprawę zupełnie nie rozgryziona. Pozostaje mieć nadzieję, że cynizm przyszłych pokoleń spowolni przemiał muzyki i ktoś pochyli się nad tym krążkiem robiąc jego porządną ewaluację. Pokolenie JP nie ma czasu.

9. Alva Noto: univrs
Noto na chwile zapomina o matematycznych glitchbientch i postanawia zagrać nam taneczną faksotronikę. “Robots doing the nasty”.

8. Octo Octa: Rough, Rugged, And Raw
I choć tytuł płyty może zapowidać film z Vin Dieselem, porno z lat 70, albo zbiór nudnych dem – ten idiotycznie późny album-kompilacja (ma ile, tydzień?) zaskakuje sprawnym ujęciem tytułowego tematu. Jeżeli z wypiekami na twarzy czytaliście “Energy Flash” Simona Reynoldsa, jaracie się wczesnymi Warpami, czy też ogółem lubicie techno – Octo Octa wyciąga pomocną dłoń z fluorescencyjną lską, tabletką i skrętem na zejście. W porównniu z EPką wymiękły implikcje chillwave’owe i house a’la FashionTV, zyskała taneczność, a zamknięcie wszystkiego w jednym długim miksie daje przyjemne uczucie niekończononości.

7. Sea Oleena: Sleeplessness
Eteryczna kanadyjka przypomina wrażliwą przez którą niektórzydo dzisiaj uganiaja się za siusmajtkami z Sigur Rós. Zaskakująco sprawne (mamy 2011 rok!) połączenie folktroniki z dreampopem, w dodatku nagrana w sypialni, czyli tak jak się POWINNO nagrywać płyty by być pra

6. Ming Ming: Ultrameta OK
Mingley brzmi na tej płycie jak rozkręcony, złowieszczy Com Truise, który zamiast się czilować, woli nas straszyć. Porównałem wcześniej do przesterowanego finału „Windowlicker”, i choć zgadzam się wciąż, to trochę spłycenie tej zupełnie autnomicznej gryzącej syntezatorami płyty. W dodatku, na koniec dorzucono 9 minut psychodelicznego mastrepiece’u o którym pisałem w zeszłym roku. Konkret.

5. Piętnastka: Dalia
Wciąż uważam tego rodzynka za pobratymca prymitywnej elektroniki i minimalowego idmu. Wiem, że powinienem już zmądrzeć, dorzucić folk, wtajemniczonym tonem nadmienić pobrzmiewające In C i wspomnieć coś o jazzowych inklinacjach, ale nadal wydaje mi się, ze to taki komputerowiec bez sekwensera. Taki nasz mały, własny fenomen.

4. Internet: Purple Naked Ladies
Odd Future wchodzi w gładkość. Syd i Matt wyprodukowali (przede wszystkim) tak soczyście słuchalny i słuchawkowy, że jakiekolwiek przejawy (mitycznego) songwritingu zdają mi się drugorzędne. Że refren gdzieś nie domaga? Że gdzieś domaga? A słyszałeś jak spreparowali perkusje? Jak ubarwili synthy? Wspaniały trippujący post-soul. Reszta powiewa.

3. Toro Y Moi: Underneath the Pine
Serio ktoś woli jak Chaz próbuje grać glitch-pop w FL Studio, niż gdy zaiwania najsmoothlejsze dream-funki o analogowej ciepłości? Nie pomogę mu zatem. Dla mnie to na tym krążku zrodził się najprawdziwszy talent. Zestaw rhodes+suchy bas i treblowa perka, wspomagane zaspanym głosem ujmuje nie sto razy bardziej. Jeszcze te melodie. Te melodie.

2. Peaking Lights: 936
Aaaah, wspaniałość tego albumu. Jego głęboka basowość wciągająca bardziej niż narkotyki, które ją spowodowały. To chyba największe zaskoczenie całego sezonu. Na debiucie małżeński duet zapodawał jakieś nudne avant-folki, a tutaj pełna amatorotronika z tymi basami i tamtymi melodiami. A teraz awansowali do indie mejdżersa i strach się bać, co z nich będzie.

1. Bullion: You Drive Me to Plastic
TAK! Nie mogło być inaczej. Swój album roku poznałem w styczniu. Smutne to, choć stałość tych uczuć jak dla mnie dowodzi powagi sytuacji. Połamane funki sklejone w jeden długi miks. Każda sekunda napakowana jest piętrowymi hookami, małymi radościami i innymi na wskroś tęczowymi rzeczami o których pisanie jest dla mnie trochę już nudne. Więc po prostu słuchajcie i przejrzyjcie na uszy w końcu. Płyta. Roku.

Top 10/11: EPki i Minialbumy

Część druga. Dłuższa. Choć nie najdłuższa.

10. Mi Ami: Dolphins
Teoretycznie jest to moja EPka życia. Acid house i post-punk, Beltram i Maximum Joy, ramię w ramię, piosenka po piosence. Gdyby udało się każdy kawałek połączyć tak harmonicznie jak fenomenalne “Echo”, piałbym z zachwytu. Tak mogę co najwyżej zagdakać z uznaniem. Gdak gdak gdak.

9. Sulk: Kites – 10th Anniversary Edition
Zatrzymajmy się na chwilę. Mój stosunek do songwritingu Borysa jest niesprawiedliwie wręcz chłodny (nic nie poradzę). Nie potrafię wykrzesać z siebie entuzjazmu do niczego napisanego przezeń po i tak mocno przynudzającym Lake & Flames. Jednak pracując wstecz (kalk.ang.-przyp.red.), Kites zawsze było dla świętym graalem. Szczególnie, kiedy w 2005 (chyba) roku zagrali “Cloudland” na pamiętnej Offsesji u Stelmacha, przy pomocy perkusji w której skład wchodziła piłka do koszykówki. Pamiętam, że próbowałem wtedy wysępić te nagrania na forum TCIOF, ale wtajemniczeni zbyli wszystko rozbawionym “niewarto”. No więc nie znacie się. Kites to bardzo wciągająca, choć momentami z premedytacja przedłużana dawka pacholęcego soundscapingu od, wtedy, najbardziej obiecujących writerów w kraju. Te unurzane w doświadczeniach downtempo (słychać Air) i nastletniego bólu (Radiohead) nagrania o zerowej jakości (choć tutaj chyba winiłbym niezbyt fortunny transfer i remastering, choć może chodziło o zachowanie klimatu) nagrania to zapis czegość tak poruszająco prawdziwego, nieskażonego poptymizmem i zimną kalkulacją skal i podziałów rytmicznych. Wiem, że prawdziwość w muzyce to kategoria z Teraz Rocka (do którego Borys pisał, więc zataczamy się w około), ale każde nagranie tak obnażającego typu pobudzają we mnie małego FANA, który poza zapisem falowym chciałby wgląd do pamiętnika i listę płyt najczęściej słuchanych podczas tworzeniu. To trip-avantowe shit-fi obiecuje więcej, niż dostaliśmy, co jest na swój sposób smutne – ale z drugiej strony, jak dobrze mieć i to. Przecież to historyczne jest.

8. Deadboy: Here
Rozbraja mnie ten impotencki sound klawiszy. To jest jedna z tych sytuacji, gdzie cos jest tak amatorskie, że musi być poważnym wyborem profesjonalisty. Albo strzałem w ciemność (kalk.ang.-przyp.red.). Cokolwiek to jest, 20-minut konkretnego tańczenia. Na poważnych melodiach. Z niepoważnym klawiszem.

7. The Flaming Lips: Strobo Trip
Nienawidzę Wayne’a i spółki za to, że są w stanie wymyślić najidiotyczniejszą rzecz i zrealizować ją tak dobrze, że taki niepoprawny cynik jak ja legnie. Poważnie. W jaki, za przeproszeniem, kurwa, sposób da się zrobić 6 godzin muzyki i nie wyjść na kompletnego oszołoma? Jasne, że trikiem jest tutaj przedłużane, transowe dżemowanie, więc jest łatwiej niż gdyby pisać 30-minutowe zwrotki, ale i tak. Ilu jest artystów, których narkotyczne transy są was w stanie utrzymać przy głośnikach dłużej niż 3 minuty? No więc ci psychopaci robią to przez 6, za przeproszeniem, kurwa, godzin. SZEŚĆ. Nie wiem, czy moja lista albumów roku trwa tyle ogółem. I najśmieszniejsze, że 24h kawałek TEŻ jest dobry, i gdybym miał kiedy wolne 24h na wysłuchanie go, pewnie też by się tutaj znalazł. I pomyśleć, że współpracując nie udało im sie wysmażyć nawet jednej, naprawdę dobrej, 20-minutowej EPki. Litości, kurwa, bez przeproszeń.

6. Brahms: Pressure
Rozczulająco minimalistyczne, organowe ambienty nagrany na szumiące kasety. 9 minut rozkosznego, rozmarzonego blissu. Ponoć jednorazowa sprawa. Powiedziałbym, że stworzone do kultu, ale w sumie to chyba nie te czasy.

5. DannielRadall: Pardo
Ach, ostatki chillwave’u. To dziwne uczucie widzieć nurt, któremu się tak kibicowało od samego początku, jak w przeciągu niespełna 12 miesięcy atencji blogów rozmył się na drobne i zniknął. Sprawy z witchhouse i lo-fi r’n'b były o tyle inne, że poza przodownikami nie było zbyt prominentnych naśladowców i kontynuatorów (90% witchhouse’owców zdawało się robić sobie jaja). Jak by jednak nie patrzeć, co niby można zrobić z gatunkiem, który przedymano muzycznie wzdłuż, wszerz, wydrenowano i wypluto. Jednak wracając do temat, Pardo jest dla mnie czymś w rodzaju genrowego łabędziego śpiewu. Domowa produkcja, rozmarzenie, przy jednoczesnej próbie jawnego wyrwania się z konwenansów (Durutti gitary, hiphopy). Możliwe, że to ostatnie, chronologicznie, co z tego gatunku zapamiętam. I nazwę chillwavem bez poczucia bicia martwej szkapy (kalk.ang.-przyp.red.).

4. Gescom: Skull Snap EP
Ogólnie gigantyczne zaskoczenie. Nigdy mnie te pokątne pogrywania Gescom niezbyt interesowały, aż nie poszli w stronę stadionowych bengerów. Poza autechreniką tu i tam mamy konkretne, rozbujane hiphopy. Ogółem nie ma co się rozwodzić. Jak ktoś nie wie co to Autechre i Gescom, niech poczyta, a potem posłucha Skull Snap i wszystko będzie jasne. Jak słońce. Zarówno teoretyczne zaskoczenie, jak i praktyczna audio-frajda.

3. Kevin Greenspon: Ad Seg
Druga strona tej kasety, w postaci miniaturki i długaśnego kolosa, to prawdopodobnie najładniejsze co Kevin zrobił do tej pory. Bywało melodyjnie, bywało nastrojowo, ale tak precyzyjnie w manipulacji dźwiękiem jeszcze nie. Kruche i śliczne w pierwszym przypadku, wciągające i majestatyczne w drugim. Strona A to przeciągły, ciężki drone, który skonfrontowany z lekkością reszty nabiera narracyjnego sensu. Przy całej mojej sympatii do taśm wrzucanie takich rzeczy jedynie na nie, a potem kompilowanie na składankach na których ich inicjalny bieg wydarzeń jest z natury zaburzony jawi mi się zbrodnią. Na nodata.tv z tym. Ludzie muszą wiedzieć.

2. VHS Head: Midnight Section
Ade ponoć sadzi na drogach cement i chodniki. A kiedy nie robi tego, tnie, kręci i klei futurystyczne funki. Tłumaczyłem czemu te glitchadelie są absolutne już tyle razy, że mi się nie chce powtarzać, więc po prostu wrzucę jakieś audio i się sami odnajdziecie. Za to to z tym, że gościu robi na drogach, bezcenne. I smutne. Ale ponoć AFX zaczynał od pracy w kopalni (której odgłosy słychać w “Quoth” Polygon Window), więc nie łam się, Adrian. Będzie dobrze.

1. Burial: Street Halo
No więc obdarty z tajemnicy Burial najwyraźniej stwierdził, że czas nagrać jakieś naprawdę dobre tjuny. Street Halo to chyba jego najbardziej dojrzała, złożona kolekcja z dotychczasowych. Te trzy kawałki są tak przepięknie wielkomiejskie i paranoidalne, zachowując przy tym melancholię spoglądania na duże miasto z wysokości, że aż rozumiem czemu tyle mu to zajęło. Dłubania w Soundforge’u musiało być co nie miara. Poza tym totalnie zadziwia mnie, jakim ten koleś jest zerowym współpracownikiem. Wszystko, czego nie robił sam (SIAM) brzmi juz słabo. Tak jakby Billy bał się włożyć coś swojego, otworzyć się przed Massive Attack czy Four Tetem. Albo z premedytacją, ew. podświadomie, najlepsze zostawia sobie do dłubania samemu. W domu. Cokolwiek to jest, trzeci album może być mistrzostwem światna. Subtelny acz wyczuwalny progres skłania ku temu. Zresztą nadzieje zweryfikują się już niedługo, na EPce Kindred, czy warto wypatrywać długograja czy po prostu zatapiać się trzy razy z rzędu w Street Halo. Zresztą, warto się zatapiać cokolwiek by nie było. Piękna rzecz.

Top 5/11: Wzmianka honorowa

Podsumowanie postanowiłem podzielić na 3 części, ponieważ wrzucenie 50 tytułów wydało mi się trochę nazbyt indymidujące. Komu chciało by się to czytać? Zamiast tego będzie 35, w 3 częściach. Oto pierwsza z nich, jako aperitif. Kolejność przypadkowa.

Octo Octa: Let Me See You
Tytułowy z tej epki to epicko prosty, by nie powiedzieć prostacki, ale utwór roku 2011. Piękno tych repetycji, krojonych w idealne czwórki wgryza się w mózg. Acidowo-ambientowo-technowo klawisze, chillwave’owe smaczki, do tego prosty 4ttf rytn okraszany z czsem urozmaicającymi tomami to rzecz genialna w swojej prostocie po tej samej linii co “Call On Me” Prydza czy “The Weekend” Graya. Bardziej uznane, podobnie repetywne “Music Sounds Better WIth You” jawi się tutaj symfonią cutoffów i modulacji. Zaczynający od chiptunów pupilek sublabela Not Not Fun rozbija bank. Ciężko w sumie stwierdzić co dział lepiej – powtarzana w nieskończoność fraza tytułowa, czy wspomniane pianino, może ten hipnotyczny rytm. Ale nie wiem, czy coś pustoszyło moje playlisty precyzyjniej. Pozostałe trzy utwory są boleśnie na doczepkę i dlatego tylko ta lista, a nie główna. Bo choć trzymają poziom zwany potocznie dobrym, nie wywołują nawet w połowie takich odczuć jak tytułowy.

Sensible Soccers: Sensible Soccers EP
SUpergrupa przyjaciół z Wools i Nihilist Assault Group przypomniała mi, że post-rock i dream pop to nie muszą być ani rozlazłe gitarowe arpeggia, ani rozmarzone przynudzanie w stylu M83. 4 zwarte, powoli rozwijające sie utwory z jednym poszatkowanym, idm-rockowym strzałem. Nie jest to może mistrzostwo świata, ale klasyka rzeczy na tyle przyjemnej, że nie wspomnieć wstyd. Warto trzymać na nich oko.

Kaseciarz: Surfin’ Małopolska
Muzyka muzyką, ale ten tytuł. Rozbić bank w taki sposób! Ktokolwiek mający kiedykolwiek zamiar wydać płytę powinien przejść jakiś kurs czy szkolenie z tytułowania swoich prac u Kaseciarza. Rzadko kiedy dwa słowa są w stanie oddać klimat i brzmienie jakiegoś wydawnictwa, jeszcze rzadziej będąc przy tym niewyobrażalnie wręcz cool.

Frank Ocean: Nostalgia, Ultra.
Rozdarty między emocjonalnym cipieniem się a swagowaniem soulowiec z Odd Future zapodał album przede wszystkim szalenie przyjemny i chwytliwy (“Novocane”!), ale też całkiem zgrabnie operujący frazą tytułową. I nie chodzi tu o odniesienie do BoyzIIMen, nie chodzi o hauntologie, tylko to tęskne uczucie w głosie Franka, w jego lekkich podkładach. No i ta okładka. Moja ulubiona w tym roku. Winszujemy.

Coiso!: 2: The Sonic Guide To The Self Induced Haunting Trip (A Soundtrack For Altered States Of Consciousness)
Partyzancki projekt z gorącej Portugalii, na swojej drugiej EPce porzuca trochę plunderofoniczne miraże i odjeżdża w świat psychodelicznego micro-house’u. Wolta stylistyczna o tyle zaskakująca, co skuteczna i aż szkoda, że płytowa Mega Trip nie pociągnęła wątku dalej, tylko wróciła do plądrowania i repetycji. Wciąż jest to jednej z najciekawszych anonimowych tworów jakie przyszło mi w tym roku słyszeć.

10 lat Porcys

Zacelebrowałem sobie 10 lat Porcys, oto co tam zobaczyłem.

Zaireeka Party – jak chcesz puścić płytę o audiofilskiej wręcz dbałości o niuans, której cala frajda polega na słyszeniu szczegółów, pamiętaj, by ustawić moc głośników tak, by dźwięk nie zamieniał się w męczącą magmę o zerowej klarowności. Mówiąc prościej – czemu, kurwa, puściliście to tak głośno?

Jazzpospolita – zaiste wystąpiła, z niezbyt porywającym setem.

Furia Futrzaków – nie pamiętam jak grali. Anegdotka – chyba wszyscy znajomi myśleli, że to Iza Lach, i że “nie rozumieją hajpu”.

Iza Lach – kojarzy mi się głównie z tym, że zaraz przed debiutem miała 16 lat, potem zaraz po przez 3 lata 18, a teraz ma 20. Jeżeli wierzyć w metrykę na rymie, tak naprawdę ma 22 i nie posiada dziwnych mocy pozwalających jej nie starzeć się. Koncert był niestety nudny, brzmiał jak najsmutniejsza Kate Bush grana bez rozmachu. Wszystko dobijał najgorzej brzmiący werbel w Polsce. Nie rozumiem hajpu.

Baxter – Ani to śpiewał, ani to grał, ani to piosenki były, ani w ogóle nic. Wyglądał trochę jakby się urwał z The Frogs, tylko bez poczucia humoru.

Juvelen – świetny koncert. Bida wprawdzie wizualna na scenie, ale pokażcie mi kolesi z Big Day czy Rotar grających teraz takie klimaty (Juvelen debiutował w pop-rockowym Pineforest Crunch). Był Prince, był funk, disco, Luomo, na koniec chillwave-reggae w stylu Washed Out. Była konfuzja czy Dżuwelen (Duże Pe) czy Juwelen (Afrojax). Był kontakt z publiką, zrywanie struny w gitarze, solówki, falsety, wygibasy, tańce, impreza była. “Hannah” i “Don’t Mess” rozsadziły miejscówkę. Brakowało tylko oprawy, bo samotny Juvelen ubrany chyba w pierwsze 5 ciuchów z podłogi, które jeszcze nie walą i w czapce z daszkiem z napisem FUN, mający za propy jedynie swego czarnego Tele i klawisz z przyklejonym taśmą Kaoss Padem, wyglądał mało imponująco na tle obskurnej sceny. Ale tańce były, najważniejsze.

DISCLAIMER: Tylko Juvelen liczył bym jako  naprawdę widziany, resztę słyszałem z sali dla palących między jedną rozmową a drugą.

10.0 – 10 urodziny Porcys
Urban Garden, Warszawa, 9.12.2011

Piętnastka: Dalia

Nie wiem czy był większy hajp z polskiej niezalistyki w tym roku niż Dalia, więc będę się streszczał. Album jest ci to skręcający w stronę bycia idealnym. Na pierwszy rzut oka mamy w sumie nie tak znowu odległe dla naszego kraju brzmienia i utwory, ale jak się wgryźć, to pod warstewką trójmiejskiej eksperymentatorki kryją się teksturowo-frakturowo-melodyczne rozwiązania rodem z LP5 Autechre (chropowatość!) czy Richard D James Album Aphex Twina (prostota!). Jak by tego było mało, całość spowija jakaś poświata prymitywnej elektroniki w stylu BBC Workshop, czy z nowszych rzeczy, Ursuli Bogner. Ale co ja wam będę. Wszystko, co dobrego słyszeliście o tej kasecie, jest prawdą. Idźcie i kupujcie.

[Sangoplasmo; 2011]


Dave Monolith: Welcome

Czasami ciężko jest sensownie umiejscowić w jakimś logicznym wywodzie to, że płyta, która zasadniczo podobam nam się setnie jest gigantycznym rozczarowaniem. Dave Monolith debiutował w 2009 roku EPką Volume 1, wydaną przez sam Rephlex. I nic dziwnego. David zabłysnął jako jeden z wielu tzw. tuss-alikes, i choć ta szufladka jest dosyć krzywdząca, to daje ogólne pojęcie z czym mamy do czynienia. Kwaśne techno brytyjczyka miało jednak dosyć wyraźny sznyt funkowo-houseowo-francusko-synthpopowy, dzięki czemu w niewiele ponad kwadrans udało mu się wystrzelić niejeden mózg w stronę ściany. Miękkość linii melodycznej takiego “F-Tron” otula, a firmowe już praktycznie przesunięcie tanecznych rytmów w tył zmusza do faktycznego słuchania. IDM pełną gębą. No i te brzmienia, na wskroś syntetyczne, ale z profesorską wręcz precyzją krojone.

Także należy zrozumieć, że ja zasadniczo bardzo chciałem, by jego wyczekiwany i wypatrywany debiut zatrząsł światem w posadach. By był tym muzycznym, nowym papierkiem lakmusowym. No i niestety. Welcome skręca bezpośrednio w stronę nudisco i house, i choć ciągle jest skwaszone, brakuje w tym jakiegoś pierwiastka, który wywindował by tę pozycję w ponadczasowość. Każda z piosenek na EPce była swego rodzaju HITEM. Miała zawsze te melodyczno-brzmieniowe rozwiązania, które wgryzały się w czerep. Tutaj poza kunsztem barw (jak to ktoś ujął, Monolith miksuje “w 3D”) niestety zabrakło konkretów kompozycyjnych. W skrócie – nie ma się o co zaczepić. Piosenki nie są z tych do zasłuchania. Poza tym dziwne usterylnienie brzmienia i jakaś słabość do klawiszy jak “Miami Vice” spychają niedoszłego rewolucjonistę w stronę brzmieniowej średniej ostatnich lat. To mnie zasadniczo smuci. Bo album naprawdę jest świetny, i warto go polecać, lista roku zaklepana, et cetera. Ale nawet najlepszym samolotem nie poleci się w kosmos, i tu jest pies pogrzebany. Należy mieć nadzieję, że tak jak po w sumie podobnie odebranym przez niżej podpisanego Trademark Ribbons Of Gold VHS Head przyszło Midnight Section, tak Dave na następnym wydawnictwie wróci do wbijania w ziemię. Bo zasadniczo miało być to, a jest tylko i aż to, co poniżej.

[Rephlex, 2011]

The Kurws: Dziura w getcie

Nie zdarza mi się pisać peanów, a strona z której kupiłem te kasetę mnie przeraża (choć transakcja była gładka i w ogóle kupujcie polskie kasety, szczególnie w takiej śmiesznie niskiej cenie), ale The Kurws zjedli mnie na śniadanie (no, kolacje, jest 19). Szorstkie, bałaganiarskie granie o jakim marzą wszyscy od Kristen po Woody Alien. Dziura w getcie robi wrażenie jakiego nie powstydziło by się NYC No Wave czy Lounge Lizars. Jest moc, jest klimat “bez cipienia się”, surowizna i choć czytając wkładkę można bać się lo-fi, to wszystko jest pod kontrolą. Gitary zgrzytają, rytmy trzymają, sekcja dęta piszczy. Wiem, ze kwartet ma promocje wśród wszystkich w PL jak mało który efemeryczny twór naszej sceny i byłem pewnie ostatnią osobą, która tego nie słyszała, ale nie wahajcie się ani chwili. Aż dziw, że nie są z trójmiasta.

[Blinded/Trująca Fala; 2011]

Beardyman: I Done A Album

Największy problem z Beardymanem jest taki, że na żywo to geniusz muzycznej komedii. Jego nieograniczone możliwości jak beatboxera przerażają swoim tehcnicznym kunsztem i bawią wyczuciem i wykorzystaniem humoru. Polecam jego kanał na Youtube. na płycie żarty są zepchnięte do rodzaju klozetowego ornamentu, a pierwsze miejsce przejmuje muzyka. nie powiem, mieszanka jest eklektyczna. jest i chamski wob wob dubstep, drukqsowe wygibasy, soulo-stepy, glitche, tańce, hulanki, swawole. Tylko, że to NIE JEST to, za co go pokochałem ja, czy setki tysięcy innych ludzi. I choć I Done A Album to najsolidniejsza z mozliwych porcja składankowo-eklektycznego elektroniko-muzykowania, to po prostu nie ma tego czegoś. Tego spontanu, tej bezczelności, elastyczności. Rzecz jest fajna i na swój sposób ważna (to jest chyba jedna z najjaśniejszych postaci muzyki syntetycznej), ale daleko jej do osiągnięcia poziomów zadowalających. Gościu wymiata, nie zrozumcie mnie źle, ale jednak wciąż odeśle was bardziej do jego setów niż tego tu krążka. Wygooglajcie lepiej jego żarty z gabby. Lub obczajcie to poniżej.

[Sunday Best; 2011]